Wieczorna przejażdżka – kółeczko po
Żuławach. Z Mikoszewa do Drewnicy. Za mostem zwodzonym na Szkarpawie w
Żuławkach zamiast do Dworku jadę na wprost do Książęcych Żuław. Szkarpawa (Wisła Elbląska) to jedno z ujściowych ramion Wisły. Wpada do Zalewu Wiślanego. Od Wisły (właściwej) oddziela ją teraz śluza (Gdańska Głowa), chroniąca przede wszystkim Żuławy przed zalaniem.
Droga
początkowo niezła, w okolicach Broniewa robi się trudna. Brukowana nawierzchnia
mocno mnie wytrzęsła. Jednak coś za coś. Jest cisza i spokój. Zachodzi słońce,
z daleka dobiega szum pracującego kombajnu. Tu jest środek żniw. Droga wśród
pół i nielicznych zabudowań gospodarskich dojeżdżam do Tujska, gdzie wskakuję
na DW502. W Rybinie oglądam ciągle działający most kolejowy na Szkarpawie. Obrotowy - poruszany ręcznie! Spory ruch na linii Nowy Dwór Gdański –
Stegna wymaga wzmożonej czujności. Wzdłuż drogi linia wąskotorówki. Z ulgą docieram do Stegny, a zwłaszcza z
ulgą skręcam na zachód. Ruch drogowy momentalnie maleje. Zapada zmierzch.
Przecinając kilkakrotnie tory wąskotorówki dojeżdżam przez Jantar do Mikoszewa.
Jadę jeszcze na Prawy Brzeg aby popatrzeć na zachodzące słońce i wracam na
kolację.
Spacer rowerowy do Pruszcza
Gdańskiego z wyskokiem do Grabin Zameczku. Niedzielnym porankiem wybrałem się
na małą wycieczkę. Promem przez Przekop Wisły, a potem jej lewym brzegiem przez
Świbno. Wyłuskuję okiem pozostałości wąskotorowej Gdańskiej Kolei Dojazdowej w
okolicach nieistniejącej od dawna promowej przeprawy kolejowej w Świbnie.
Opustoszały port i śluzy: stara (północna) i nowa (południowa). Ta stara
nieczynna, ale zachowana jako zabytek hydrotechniki. Na otwartych wrotach śluzy
pyszni się tabliczka znamionowa: J.W. KLAWITTER. DANZIG. 1894.
Przez most zwodzony i dalej jakby
groblą obsadzoną obustronnie wielkimi topolami. Sprytne te niemiaszki i
niegłupie, skoro na podmokłym terenie zabezpieczyły drogę drzewkami mocno ciągnącymi
wodę z podłoża. Mijam nowoczesna marinę w Błotniaku i nad wyraz wygodną drogą
dla rowerów dojeżdżam do Cedrów Małych. Przejazd przez DK7 i spokojną o tej
porze DW227 wjeżdżam do Cedrów Wielkich. Kościół, a jakże gotycki z interesująca
wieżą (drewniany hełm!). Przy urzędzie gminy ulokowanym w brzydkim kostkowatym
domku jednorodzinnym skręcam na zachód i ciągnę do Pruszcza Gdańskiego. Pomimo
niedzieli, widzę na polu pracujących ludzi. Zbierają rzodkiewki. Współczuję. Za
Roszkowem zaczynają się zabudowania Pruszcza Gdańskiego. Po lewej lotnisko, którego
część służy za niedzielny bazar. Przy wjeździe zakaz ruchu rowerów, a po lewej
stronie drogi droga dla rowerów. Cóż jednak z tego, skoro służy za główną,
pieszą (!) arterię bywalców wspomnianego bazaru. Dojeżdżam na zadbany skwer
przy ul. Słonecznej, jem kanapkę i podziwiam wrony kąpiące się w fontannie.
Czas wracać.
W drodze powrotnej skuszony
geograficzną bliskością postanawiam spenetrować pozostałości zamku krzyżackiego
w Grabinach Zameczku. Najpierw trafiam jednak do starego młyna. Duży,
mechaniczny, XIX-wieczny. Wygląda na nieczynny. Przeglądając kroniki można chyba
wnioskować, że postawiony w miejscu tego dawnego, średniowiecznego. Bo Grabiny
były przede wszystkim krzyżackim folwarkiem. Obok młyna wyraźnie widać coś na
kształt grodziska. Widoczna fosa i mocno porośnięte wyniesienie. Dostaję się na
jego teren i widzę prawie współczesną zabudowę w stylu pałacyku. Doczytam
później, że zamek krzyżacki padł pod ciosami (i młotami) gdańskich mieszczan
zaraz na początku wojny trzynastoletniej. Później w tym miejscu budowano
zameczki – rezydencje, które też nie przetrwały próby czasu. Ale podobno
zachowały się w istniejącym budynku zabytkowe gotyckie piwnice, brama i
czeladna. Niestety nie dane było mi przekonać się o tym naocznie. Teren mocno zaniedbany
podobno jest w rękach prywatnych.
Zaliczone gminy: Cedry Wielkie (810),
miasto Pruszcz Gdański (811), Suchy Dąb (812)
Pojechałem do
Gnojewa zobaczyć na własne oczy najstarszy na Pomorzu kościół szachulcowy. Z
Mikoszewa na południe asfaltówką średniej jakości na południe, wzdłuż dolnego
biegu Wisły. W Drewnicy po zwodzonym moście nad Szkarpawą i dalej przez Żuławki
do węzła drogowego z DK7. Trwają intensywne prace nad modernizacją „siódemki”.
Stukają kafary, warczą wiertnice, aby znaleźć jakieś stabilne podparcie dla
nowej drogi kładzionej na żuławskim czarnoziemie. No właśnie. W warunkach
kontraktu nie ma chyba wzmianki o zdjęciu warstwy urodzajnej, bo wielokroć
widzę, jak kładą drogę na tym czarnym. Zapewne jak głęboko by nie kopali zawsze
taka gleba będzie – więc wywożenie jej prawdopodobnie jest nieopłacalne.
Równoległą do DK7 drogą lokalna przez Dworek docieram do Nowej Kościelnicy i
znowu odbijam na południe. Cieszy oko stojący tuz przy drodze menonicki dom
podcieniowy z misternie rzeźbionymi detalami przypominającymi zwisające kotary.
Przez Piaskowiec wjeżdżam do Ostaszewa. Ciekawa, duża wieś – owalnica. Siedziba
gminy. Stara lokacja bo z 1333 r. dokonana przez krzyżackiego komtura Konrada z
Kesselhut. Na cmentarzu przy drodze szczerbią się ruiny bocznych ścian dawnego
gotyckiego (XIV w.) kościoła pw. Jana Chrzciciela. Został zniszczony w 1945 r.
podobno przez wycofujący się Wehrmacht. Potrzeby odbudowy chyba nie było, bo
funkcje sakralne pełni obecnie XIX-wieczna świątynia (pierwotnie protestancka),
o typowej, można by rzecz standardowej bryle, ze smukła wieżą, jakich pełno w
dawnej Dzielnicy Pruskiej. Dalej przez Gniazdowo, Nową Cerkiew i Pordenowo
dojeżdżam do Lichnowów. Po drodze widoczne resztki dawnej wąskotorowej kolejki
żuławskiej. Jej ślad najbardziej uwidacznia się właśnie w Lichnowach, bo
pociągnięto po nim drogę dla rowerów, z której teraz korzystam. Na płaskich jak
patelnia Żuławach widać z daleka czerwieniejący gotyk kościoła pw. św. Urszuli w
Lichnowach, a zwłaszcza jego wieżę. Z krótkiej perspektywy wydaje się nieco
przysadzista ze względu na dużą, kwadratową podstawę kryjąca obszerną kruchtę.
Kręcąc się przez wioski, których nazwy są wariacją nazwy Lichnowy, tj.
Lichnówko i Lichnówki Pierwsze i Drugie w Szymankowie przejeżdżam wiaduktem nad
linią kolejową Gdańsk – Malbork. Jest tu pomnik polskich kolejarzy
zamordowanych przez Niemców w 1939 r. w odwecie za sprytne skierowanie na
boczny tor pociągu z dywersantami mającymi przejąć mosty w Tczewie. Krótką
aleją dojeżdżam do „korytarzowej” drogi DK22 i za chwilę wjeżdżam do Gnojewa, w
miejscu gdzie przy krajówce stoi przydrożna gotycka kapliczka. Kościół pw. św.
Szymona i Judy Tadeusza położony jest za zakrętem, po lewej stronie wjeżdżając
od strony Malborka. Mylić może położony wcześniej i czynny kościół (z 1863 r.) pod
tym samym wezwaniem. Niestety ten oryginalny jest w fatalnym stanie. Były podejmowane
jakieś próby ratowania, ale chyba na niewiele się zdały. Widoczna zmiana dachu
z oryginalnego – na deskowy obity papą. Zapewne dla ratowania ogołoconego
wnętrza, ale z zachowanymi polichromiami. Według znawców to najstarszy na
Pomorzu, a podobno nawet w Polsce kościół o konstrukcji szkieletowej (1. Poł.
XIV w.). Na razie czarno widzę jego przyszłość. Jakieś fatum nad nim zawisło.
Podobno dosyć późno, bo w XIX w. przeszedł w ręce protestantów, a ściślej rzecz
ujmując został przez nich zagarnięty w 1818 r. za czasów proboszczowania przez
ks. Michała Bedyńskiego. Po 1945 służył jako magazyn nawozów. Jakie to niestety
typowe dla tamtych czasów. Przypomina się cerkiew w Liskowatym, czy nasze
kościoły na Kresach. Tym bardziej smucą przepychanki wokół zabytku w Gnojewie,
dotacje zbyt małe, aby go uratować, wstrzymywanie robót etc. Szkoda, bo
doczekał się nawet swojej monografii autorstwa Roberta Paszkowskiego, wydanej
przez Muzeum Zamkowe w Malborku w 2011 r.
Kolejną „nadgraniczną” gminą do
uzupełnienia było miasto Sopot. W samym mieście byłem wielokrotnie, ale na
rowerze – tak się złożyło – nigdy. Korzystając z pobytu w Mikoszewie wybrałem
się na lewy brzeg Wisły, a dalej przez Sobieszewo i Gdańsk (właściwy) do
Sopotu. Pierwszą przeszkodą ( a może atrakcją, ciekawostką?) na drodze w
kierunku zachodnim jest Przekop Wisły. Sztuczny twór hydrotechniczny powstały w
l. 1891-95 pod rządami pruskimi (niemieckimi). W ciągu czterech lat, przy
ówczesnych metodach robót (bez ciężkich maszyn) przekopano sztuczny kanał o
długości ok. 7 km i szerokości od 250 do 400 m. Skrócono przez to ujście rzeki,
nb. Wisła sama sobie skróciła swój bieg w 1840 roku przebijając się przez wydmy
i tworząc nowe ujście zwane Wisłą Śmiałą. Przekop miał zahamować dalsze tego
typu szaleństwa i ucywilizować jej bieg. Chyba to się udało, bo od czasu
wykonania przekopu Żuławy są wolne od powodzi, pomijając celowe ich zalanie
przez Wehrmacht w 1945 r.
Aby pokonać Przekop należy skorzystać
z promu kursującego co 30 min. od godz. 05:30, przy czym w szczycie prom
kursuje praktycznie non-stop. Przewóz roweru kosztuje 5 zł. Drogą 501
przejechałem przez Wyspę Sobieszewską i przez pontonowy most na Martwej Wiśle
dostałem się na stały ląd. Trasę znaną i pokonaną już w ramach szlaku Wiślanej
Trasy Rowerowej urozmaiciłem sobie w ten sposób, że zaraz w Wiślince skręciłem
na drogę poprowadzoną wałem przeciwpowodziowym i nie pchałem się dalej DW501.
Trasa z cała pewnością malownicza, aczkolwiek stan asfaltowej nawierzchni
pozostawia wiele do życzenia. Po przejechaniu tuż pod płotem Rafinerii
Gdańskiej (Lotos) musiałem wbić się na krajową „7” i trochę nią pojechać, aż pojawiło
się oznakowanie drogi rowerowej. Mając na względzie wzmożony ruch na DK7, DDR
przyjąłem z ulgą. W ogóle musze się z uznaniem wyrazić o gdańskich drogach
rowerowych, bo sądząc po tej, którą jechałem, mają sensowny przebieg i w dużej
mierze wygodne nawierzchnie. Zaplanowana „za biurkiem” trasa wepchnęła mnie
przez Długie Ogrody na samą gdańską starówkę. Przejechałem pusty o poranku
Długi Targ i dalej na północ do Brzeźna. Droga dla rowerów tuż nad samym morzem
zapewnia mnóstwo frajdy, zwłaszcza na pofalowaniach poprzedzających każde
przejście dla pieszych (śmieszne, ale nie przykre uczucie). Dobra droga skończyła
się wraz z przekroczeniem granicy Sopotu. Asfalt ustąpił miejsca polbrukowi,
a przy drodze pojawiło się ograniczenie prędkości do 10 km/h dedykowane
specjalnie dla rowerów. Absurd. Zrażony tym zawróciłem rower i tą samą drogą
wróciłem do Mikoszewa. Zaliczona gmina: Sopot (806)
Dwa tygodnie spędzone z rodziną w
Mikoszewie dało okazję do kilku rowerowych wycieczek po okolicy. Na pierwszy
ogień poszła Krynica Morska jako jedna z niewielu już gmin przygranicznych,
których nie miałem w swoim rapultarzyku. Wczesnoporanny przejazd raczej
spokojny. Droga wojewódzka 501 wiedzie przez Jantar i Stegnę. Stegnę wspominam
z ukończonego w 2014 r. ultramaratonu kolarskiego Włocławek – Stegna –
Włocławek. Nie miałem wówczas czasu na zwiedzanie, którego teraz jest trochę
więcej.
Uwagę zwraca przede wszystkim
przecudnej urody kościół pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa. Zbudowany przez
protestantów w XVII w. od 1945 r. służy katolikom. Zewnętrzna, surowa
szachulcowa szata kontrastuje z eleganckim przepychem barokowego wnętrza. Wzrok
zatrzymuje się wpierw na głównym ołtarzu. Ozdobiony współczesnym obrazem odpowiadającym
aktualnemu wezwaniu świątyni, kryje podobno ukrytą za nim kopię Caravaggia.
Niestety nie dane mi było obejrzeć. Wygląd prezbiterium szpecą i to mocno:
współczesna, chyba odlana z żywicy, figura św. Jana Pawła II i aktualna „dekoracja”
ewangelizacyjna składająca się z planszy i styropianowych liter oraz
współczesnej łodzi rybackiej. Odwracam wzrok i podziwiam wspaniałe organy i
chyba najważniejszy zabytek: wielkie podsufitowe malowidło wykonane na płótnie
o wymiarach 18 m x 35 m, co czyni je największym w Polsce obrazem. Tak udane
plastyczne ukazanie Zmartwychwstania w otoczeniu innych scen robi na
oglądającym olbrzymie wrażenie.
Dalsza droga wiedzie przez
Sztutowo. Najpierw mijam wjazd na teren obozu śmierci oznaczony murem-pomnikiem,
a następnie wjeżdżam do samej wsi. W Sztutowie spokojniej niż w Stegnie.
Bardziej swojsko i rybacko – rolniczo. Przejeżdżam przez Kąty Rybackie i
Skowronki, aby asfaltówką wijącą się przez lasy wjechać do Krynicy Morskiej. Przy wjeździe olbrzymi
banner przestrzega przed dzikami będącymi problemem dla tego miasta. Jakby na
ilustrację tego spostrzegam na środku drogi zewłok potrąconego warchlaka.
Rzucam okiem na „plac centralny” z otwartym – poprzez port - widokiem na Zalew
Wiślany i wspinam się (!) w kierunku Piasków. Początkowo niezły asfalt w miarę
przybliżania się do granicy z Rosją robi się coraz bardziej wyboisty i
nierówny. W Piaskach (Nowej Karczmie) rzucam okiem na niewielki port,
przypatruję się reliktowej wydmie szarej i ruszam w drogę powrotną.
Od Sztutowa droga biegnie wzdłuż
linii kolejki wąskotorowej. Tory mocno wyeksploatowane – ale w użyciu. Jeździ
po nich Żuławska Kolej Dojazdowa będąca jedną z atrakcji Żuław. Realizuje kilka
kursów dziennie na linii Sztutowo – Prawy Brzeg Wisły, a od święta także z
Nowego Dworu Gdańskiego. Prowadzona przez Pomorskie Towarzystwo Miłośników
Kolei Żelaznych działalność jest swojego rodzaju „rekonstrukcją” d. Gdańskiej
Kolei Dojazdowej. Z sentymentem sięgam po „sieciówkę” z lat 1987/88 i odnajduję
tożsame połączenie. Wprawdzie wtedy Stegna miała tylko dwie stacje: Stegna
Gdańska i Stegna Morska, a Jantar – jedną, przy obecnych czterech(!), to bardzo raduje mnie widok poczciwego „rumuna” albo wagonu motorowego MBx-d2 na torach o rozstawie
750 mm. Z poznanych wąskotorówek obecnie funkcjonujących, ta na Żuławach
najbardziej przypomina regularnego przewoźnika. To cieszy.
Na przełomie czerwca i lipca
pojawiła się konieczność wyjazdu do Torunia. Dla odmiany, zamiast jak
dotychczas samochodem, pojechałem na rowerze. Z Warszawy, zaraz po pracy,
wydostałem się kolejką KM – dla uniknięcia mozolnego wydłubywania się z popołudniowego
ścisku wielkiego miasta. Na początek trasy wyznaczyłem sobie Łowicz. Nie bawiąc
się w podziwianie książęco-biskupiego miasta wyruszyłem dziarsko na północ,
lokalną drogą przez Błędów i Karnków. Równy asfalt, znikomy ruch, ciepło to
pierwsze wrażenia z jazdy. W Wejscu odbijam na zachód i trochę gorszą drogą
docieram do Kiernozi. Na wjeździe (od wschodniej strony) mijam pałacowy park
ogrodzony ceglanym murem, później kościół, w którego krypcie pochowano metresę
Napoleona I - Marię Walewską. Środek rynku przyozdobiony rzeźbą dzika będącego
symbolem miasta. Wyjazd na północ drogą 584, a następnie za Osmolinem znowu
odbicie na zachód. Wąskimi lokalnymi drogami, a na dwóch odcinkach drogą polną
i leśną dojeżdżam do Szczawina Kościelnego. Krótki postój pod sklepem na
uzupełnienie wody w bidonie i dalej już DW573 do Gostynina. Droga niezłej
jakości wiedzie w dużej części przez lasy parku krajobrazowego. W samym
Gostyninie kiepskie drogi rowerowe wyłożone kostką i odgrodzone od jezdni
wysokim krawężnikami. Wyjazd z miast też poprowadzony po DDR, która wraz z
tablicą końca miejscowości ucina się jak od noża. Dziwna to logika, aby w
terenie zabudowanym z obniżoną często dopuszczalną prędkością do 40 km/h
wygania się rowerzystów na drogi dla rowerów, natomiast poza terenem
zabudowanym muszą korzystać z jezdni, gdzie wyprzedzające pojazdy częstokroć
przekraczają dopuszczalne 90 km/h. Gdy znalazłem się za Gostyninem zaczęło się
zmierzchać. Drogą wojewódzką (DW265) wjechałem do Kowala już po ciemku. Na
chwilę zatrzymałem się pod pomnikiem Kazimierza Wielkiego, ozdobionego na
okoliczność EURO 2016 biało czerwonym szalikiem. Pomnik, jaki wystawili swojemu
krajanowi Kowalowianie jest (podobno) największym w Polsce pomnikiem wykutym z
jednego bloku granitu. Pokręciłem się z ciekawości po mieście i ruszyłem w
dalszą drogę, w Gołaszewie zbaczając nieco w celach zaliczeniowo-gminnych. Do
Brześcia Kujawskiego dotarłem tuż przed północą. Przejeżdżając obok gotyckiego
kościoła św. Stanisława Biskupa zadumałem się nad zmiennością losów niektórych
miast. Taki Brześć – kiedyś miasto książęce, stolica niewielkiego wprawdzie ale
księstwa, które dało nam królewską, ostatnią gałąź trojga Piastów na wawelskim
tronie licząc Władysława, Kazimierza i Jadwigę. Teraz małe senne
miasteczko, nawet nie centrum Kujaw. Zdążyłem jeszcze kupić kawę na Orlenie,
zanim załoga przystąpiła do liczenia dziennego utargu i wzmocniony tym
napitkiem ruszyłem na ostatni odcinek trasy. Drogą wojewódzką [268] dojechałem
do Wieńca, a następnie DW 252 i 266 do Aleksandrowa Kujawskiego. Nocny przejazd
przez miasto i wyjeżdżam na starą „jedynkę”, czyli obecnie DK 91. Odcinek znany
już i przejechany w ramach Wiślanej Trasy Rowerowej i BBT’14. Szerokie wygodne
pobocze, ale asfalt miejscami pozostawiający wiele do życzenia. Około trzeciej
po północy dojeżdżam na toruńskie Stawki i kładę się spać w mlecznym świetle
przedświtu. Sobota przeznaczona na prace ogrodnicze i krótki wyskok na Stare
Miasto. Powrót prawie pustym pociągiem PR.
Na rozstaju koło Lipniaka zrobiliśmy sobie przerwę na
obiad, a potem jeszcze tylko długi przejazd przez miasto na dworzec. Powrót
koleją via Warszawa i późnym popołudniem zameldowaliśmy się w domu.
W połowie czerwca wybraliśmy
się z synem na wycieczkę do Małopolski. Z Warszawy niedaleko. Pociągiem do
Siedlec, tam przesiadka na pociąg do Terespola, wysiadamy w Łukowie i już. Ziemia
Łukowska wyodrębniła się bowiem z historycznie wcześniejszej Ziemi Lubelskiej,
a ta z historycznej Małopolski (Polonia
Minor). Jest więc najdalej na północ wysunięta częścią tej ostatniej, nie
ograniczonej do obecnych ram Województwa Małopolskiego w III RP. Nasza
wycieczka była krótka, ale treściwa. Przede wszystkim pierwsza dla mojego syna.
Taka prawdziwa, z nocowaniem pod namiotem i innymi atrakcjami biwakowymi. Po
sprawnym przerzucie kolejowym wyładowaliśmy się na dworcu w Łukowie. Spieszno nam
było do lasu, więc zwiedzanie miasta w upalne sobotnie popołudnie sobie
darowaliśmy. Niecierpliwość młodszej części naszej dwuosobowej ekipy
poskutkowała i tak nadłożeniem drogi, bo trafiliśmy nie w tę wyjazdówkę co
trzeba. Po korekcie kursu na właściwy przez Zimną Wodę opuściliśmy miasto. Las
powitał nas twardą szutrówką i cienistym chłodem. Stary to las,
pamiętający jeszcze powstańców styczniowych i ks. Brzóskę, który ma w nim
pomnik.
Mniej więcej w połowie dystansu, na rozstajach dróg zatrzymaliśmy się
na kanapkę i króciutki odpoczynek, a potem kilka kilometrów przetoczyliśmy się
asfaltem przez Gręzówkę. Za nią znowu do lasu. Drogi leśne i dukty mocno
pozarastane i trudno było trafić w tę właściwą, wiodącą do upatrzonego
wcześniej miejsca na biwak. Gdy już pokręciliśmy się nieco po lesie, pokonując niektóre
odcinki na azymut, młody zaproponował bardziej cywilizowaną drogę, tzn. abyśmy
przez pola dojechali do jakiegoś asfaltu i nim na biwak.
W Śmiarach Kolonii
dostaliśmy się na ubity trakt i w promieniach zachodzącego słońca dojechaliśmy
do Domanic. Leśne pole biwakowe znalazło się samo, bo jak przypuszczaliśmy musi
być położone gdzieś koło leśniczówki. Było – dokładnie na jej tyłach. Przez
nikogo nie niepokojeni i nie zaczepiani rozbiliśmy namiot, zrobiliśmy kolację,
a nawet umyliśmy się bieżącą wodą pod kranem wystającym z ziemi. Po
emocjonującym dla synka dniu nastał czas odpoczynku. Zdjęcia:
Rozochocony
niezłym, jak na mnie, przejazdem w Brevecie 200 km , postanowiłem zmierzyć się z dystansem dwukrotnie
dłuższym. Na szczęście start wyznaczono na godzinę 8:00 rano i do Pomiechówka
mogłem dojechać w sobotni poranek prosto z domu. Stawiłem się 20 min. przed
startem. Czasu wystarczyło na tyle, aby się przebrać za kolarza, podpisać listę
startową i wysłuchać jednym uchem fragmentów odprawy przedstartowej.
Startujących tym razem znacznie mniej niż przed miesiącem na „dwusetce”. Początkowo
wszyscy jedziemy razem.
Witam się w peletonie z Keto i Wiechem. Trzymam się
zasadniczej grupy „pierwszej prędkości” i z nią docieram do Nasielska. Tu na
światłach wystarczył moment zawahania się oraz konieczność przepuszczenia samochodu
zjeżdżającego na parking, abym pozostał sam. Na kolejnej zmianie świateł
dojechał do mnie Jarek Grudzień, z którym od tego miejsca jedziemy razem. Po
drodze doganiamy Tomka Rozy oraz jeszcze jednego kolegę i we czwórkę wspólnymi
siłami dojeżdżamy do puntu kontrolnego (PK2) w Przasnyszu ulokowanego na 75 km
trasy. Króciutki postój przeznaczony wyłącznie na podbicie kart brevetowych i
pobranie kanapek z bagażnika samochodu organizatora, który w tzw. międzyczasie
nadjechał na ten punkt.
Pogoda
zdecydowanie się pogorszyła. O ile od startu czuć było w powietrzu narastająca
wilgotność powietrza, o tyle za Nasielskiem zaczęło już regularnie padać.
Intensywność opadu raz malała raz rosła, ale padało nieustannie. Dla
okularnika, którym jestem – sytuacja bardzo niekomfortowa, zwłaszcza, że
trzymana w zanadrzu ściereczka do okularów nabrała wilgotności takiej, iż
zamiast osuszać zostawiała na szkłach bury rozmaz. Zmagając się z wodą lejącą
się z nieba i wiatrem, który nie pomagał ciągniemy dalej. W pewnym
momencie na drogę przed nami wbiega bażant i daje podpowiedź, jak oszczędzać energię
w taką pogodę. Żadnego tam latania, tylko leciutko drobiąc (truchcikiem) należy
pokonywać dalszą odległość brzegiem szosy. W tym stylu, przy nasilającym się
deszczu, dojechaliśmy do punktu w Rozogach (PK3 -145,9 km). Po drodze
wyprzedziliśmy jeszcze Marcina Nalazka, który przez moment próbował się z nami
trzymać, ale narzekając na mizerny tegoroczny kilometraż przejechany na rowerze
(300 km) i chroniczne niewyspanie, został za nami.
Nie
wiem, czy zaraziłem się od Marcina, czy to wpływ ubiegłotygodniowego zmęczenia,
ale na stacji BP w Rozogach ogarnęła mnie taka senność, że funduję sobie wielki
kubek czarnej kawy i rozsiadam się na bardzo wygodnej kanapce w stacyjnym
bistro. Kolegom, którzy zostali na zewnątrz mówię, żeby nie czekali na mnie, bo
muszę „odtajać”. W tym momencie spłynęła na mnie świadomość, że dobrego czasu
to dziś nie wykręcę. Po prostu nie i już. Mój totem na dziś:
Koledzy
pojechali, a za moment zaczęli zjeżdżać inni startujący. M. in. wyprzedzony
wcześniej Marcin, a także Wojtek Leś, i cała „żółta grupka” (to od koloru
jednakowych kurteczek) z jedyną startującą dziś dziewczyną – Agnieszką. Zebrałem
się w sobie, przywdziałem teoretycznie przeciwdeszczowe ochraniacze na buty i
ruszyłem w dalszą drogę. Samotnie. Chyba tego potrzebowałem w tym momencie. Gdyby
nie deszcz i zimno, byłaby okazja do inhalacji żywicznym aromatem starego boru
sosnowego. A tak, potężne, masztowe sosny Puszczy Piskiej błyszczały mokrymi pniami
i ociekały kroplami zimnej wody. Wody było tyle, że nawet jachty zaczęły mnie
wyprzedzać:
Do
Wojnowa dojeżdżam w towarzystwie Wojtka Lesia i jeszcze dwóch innych kolegów, z
którymi zjechaliśmy się w okolicach Karwicy Mazurskiej. Zostałem na wymianę
baterii w garminie, koledzy pojechali dalej. Za chwilę nadjechał Marcin, który
nie zastanawiając się ułożył się na przystanku i zapadł w sen. Ruszyłem dalej,
rezygnując z okazji wstąpienia do kościoła w Ukcie i rzucenia okiem na bezcenny
obraz Girolamo Muziano „Złożenie do grobu” wywieszony w prezbiterium tej
poewangelickiej świątyni. Musiało mi wystarczyć ubiegłoroczne wspomnienie tego
arcydzieła cinquecento, kiedy to z córką kajakowaliśmy po Krutyni, a w kościele
słuchaliśmy Mszy Św.
Przepiękny
odcinek DW 609 do Mikołajek stracił trochę na urodzie ze względu na aurę
przeszkadzającą w kontemplacji. Mniej więcej 10 km przed Mikołajkami spotykam randonnera
z uszkodzonym rowerem. Uszkodzona („zmielona”) przerzutka i zerwane szprychy
uniemożliwiają mu dalszą jazdę. Mówi mi, że wezwał już na pomoc teścia, który
rusza samochodem z Warszawy, aby go zwieźć z trasy. Przejazd przez Mikołajki z
rzutem oka na marinę. Takie Monte Carlo na miarę naszych możliwości. Jadę dalej,
cały czas samotnie. Wyprzedza mnie jeszcze dwóch startujących. Ten odcinek mało
przyjemny. Wprawdzie „krajówka” (DK 16) nie jest dziś mocno zatłoczona
samochodami, ale jazda wśród pól, w deszczu i przy porywistym wietrze wiejącym
z „korytarza” Wielkich Jezior Mazurskich wyciąga ze mnie ostatnie siły.
Resztką
tych sił dojechałem do kolejnego PK w Orzyszu, gdzie instynktownie mój organizm
wymusza na mnie dłuższy postój, pomimo tego, że do kolejnego PK „tylko” 30 km.
Zamawiam herbatę i zapiekankę. Od kasjerki dostaję świeżutkie reklamówki, które
posłużą mi później za dodatkową ochronę stóp przed wilgocią. Tu dopada mnie
„grupa żółta” powiększona o Kazia Kruczka i Franciszka Majewskiego
debiutującego w brevetach i to w dodatku na typowym trekkingu (bagażnik, pełne
błotniki, dynamo w piaście, nóżka!). Tym składem po przeszło godzinie
dojeżdżamy do dużego PK ulokowanego w dawnej leśniczówce nad Jeziorem Nidzkim. A
tam regularny piknik, nie mający nic wspólnego z tzw. dyscypliną postojową.
Wystarczy napisać, że przyjechaliśmy za jasności, wyjeżdżaliśmy już po zmroku. Dla miłośników Ernsta Wiecherta a zwłaszcza „Dzieci Jerominów” miejsce szczególne. Dokładnie po
drugiej stronie jeziora (Nidzkiego) leży Sowiróg. Ciarki przechodzą po plecach,
gdy się pomyśli, że to TU się działo! W
leśniczówce miło, ciepło, sucho. Podgrzany w mikrofalówce dwudaniowy obiad
(pycha!), kawa i herbata do woli. Na tyle, na ile mogę - zmieniam odzież to
znaczy zakładam dodatkowo suchą koszulkę termiczną i zmieniam skarpetki na
suche. Tylko tyle zabrałem do podsiodłówki, dlatego z pewnym zaskoczeniem
widzę, że na innych czekają „przepaki” i mogą w całości zmienić kompletne
stroje kolarskie na suche. Szkoda, że informacja o takiej możliwości nie
dotarła do wszystkich.
Natalia
– z wolontariatu Randonneurs Polska, sprawnymi dłońmi fizjoterapeutki próbuje
rozmasować mój zesztywniały kark. Po przykrych wspomnieniach BBT’14 staram się
nie dopuścić do bolesności w tym miejscu, ale zimno i niezależny od woli skurcz
mięśni zrobiły swoje. Masaż pomaga i mogę ruszać dalej. Kilku uczestników
podejmuje decyzje o wycofaniu. Z leśniczówki wyjeżdżamy we trójkę, tzn. Marcin, Franciszek i ja, ale po kilkunastu kilometrach rozdzielamy się na dobre. Franciszek
mający niezłą parę w nogach pomknął w noc na tym swoim trekkingu, Marcin
postanowił ospać przyjemny, drewniany przystanek typu góralska chatka, a ja
swoim tempem kulałem się do mety. Kolejny PK na stacji Orlen w Kadzidle. Bardzo
przyjemna obsługa stacji z wyrozumiałością patrzyła na ściekające ze mnie błoto
i wodę, dała możliwość rozłożenia się na podłodze na zapleczu, a nawet
przechowania roweru pod dachem. Dojechałem na punkt w momencie, w którym
Franciszek właśnie ruszał, a Kaziu Kruczek i Piotr Łabudziński zbierali się do
drogi. Ja zamówiłem gorącą herbatę i siorbiąc ją doczekałem się przyjazdu
Wojtka Lesia będącego w stanie ewidentnej hipotermii. Dla niego w tym miejscu
jazda się skończyła. Został podjęty z punktu przez obsługę brevetu godzinę po
moim odjeździe. Było dobrze po pierwszej w nocy gdy ruszyłem w dalszą drogę. Na
szczęście przestało padać, za to temperatura obniżyła się o dodatkowe kilka
stopni. Starałem się jechać w miarę żwawo, aby nie szczękać zębami i z tych 53
km do Makowa Mazowieckiego niewiele zapamiętałem, może poza ślicznymi głosami
budzących się ptaków. Tak ok 3 w nocy zaczął się ich regularny koncert.
W
Makowie kolejne, nieprzyjemne, zaskoczenie. Stacja Orlen na której jest PK
przestawiona na „tryb nocny”, tzn. obsługa przez okienko jak w aptece, nie
można skorzystać z toalety, ogrzać się, pobuszować wśród półek ze słodyczami.
Smuteczek. Na punkcie dopada mnie „grupa żółta”, tzn. Agnieszka, Andrzej,
Piotr, Tomasz i Krystian. Andrzej nienachalnie pyta, czy pojadę z nimi, na co
się godzę, a w zasadzie nawet cieszę z towarzystwa na końcówkę tegoż przejazdu.
Po drodze jeszcze krótki postój na czynnej stacji Lotosu, przerwa na kawę,
toaletę i coś słodkiego, a dalej to już „na oparach” do mety. Jako, że staram
się śledzić nawigację, co chwilę słyszę zza pleców: Daleko jeszcze? Końcowe 15
km z Nasielska już żywszym tempem i kwadrans po siódmej wpadamy do bazy
brevetu. Na koniec tego wszystkiego jeszcze formalności, podpisy, skanowanie
kart brevetowych, co też trochę trwa i można zjeść coś ciepłego. Z ulgą
odklejam od siebie kompletnie mokre ubrania. Stopy mam tak rozmoczone jak
topielec wyciągnięty z Wisły. Biorę prysznic i wbijam się w śpiwór na
4-godzinny sen.
Podsumowując
muszę powtórzyć przeczytaną gdzieś myśl, że najgorszy start jest zarazem
najlepszym treningiem. Ambitne plany poprawienia (przynajmniej) wyniku z ubiegłorocznej
czterechsetki legły wprawdzie w gruzach mniej więcej w 1/3 dystansu, ale (chyba)
wiem więcej o sobie i możliwościach jazdy w takich warunkach. Podsiodłówka
Ortlieba zdała znakomicie egzamin z wodoszczelności. Ponieważ jechałem samowystarczalnie,
tzn. bez przepaku, zestaw na zmianę, tj.
koszulka z długim rękawem i suche wełniane skarpetki oraz długie lekkie spodnie
przeciwdeszczowe okazały się tym, czego było trzeba najbardziej. Dla lepszego
komfortu przydałaby się może trochę grubsza kurtka, bo kolarski ortalion jest
dobry na krótsze dystanse, a nie na nocną jazdę po kilkunastogodzinnym
wychłodzeniu deszczem i temperaturę na zewnątrz rzędu 5-7 st. C. Ale wtedy
trzeba by wziąć większą podsiodłówkę, która przydałaby się też na dodatkowe
jedzenie. Taką mam chyba przemianę materii, że w zasadzie bez przerwy muszę coś
podjadać w czasie jazdy. Jeżeli tego nie robię – mam wrażenie nadciągającego
rychłego „odcinania”. Zobaczymy czy nauczka, którą dała mi Zimna Zośka przyda
się na coś w przyszłości? Generalnie – mam satysfakcję, że w takich warunkach
cały i zdrowy dojechałem do mety. Nawet kataru później nie miałem, nie mówiąc
już o innych dolegliwościach. Oficjalny (wg ACP) czas brutto: 23:17
Takie już bowiem mam dziwactwo, że zamiast szukać dalekich cudów przyrody, zamiast gonić za zgiełkiem po targowicach świata, doznaję największych rozkoszy, gdy wpatruję się w dno cichych strumieni i rzek, gdy przykładam ucho do starych mogił, których szeptu mrocznych dziejów nikt nie słucha (Z. Gloger, Dolinami rzek)