Dziś wycieczka do Mińska Mazowieckiego. Po raz pierwszy na kolarzówce od 10 listopada ub. r. trochę obawiałem się, czy noga po kontuzji sprzed miesiąca wytrzyma ten przejazd. O dziwo - wytrzymała. W planach miało być 25 km więcej i zahaczenie o Cegłów, Mrozy i Kałuszyn. Ale wyszło, jak na obrazku (mapce). Przy okazji wpadły 3 nowe gminy: Siennica, Gmina Mińsk Mazowiecki i Miasto Mińsk Mazowiecki. Dystans "skrócił się" z powodu mojego porannego powolnego rozruchu. Jako niskociśnieniowiec nie lubię porannych zrywów. Tak więc zanim zrobiłem sobie kanapki i herbatę na drogę, przekąsiłem coś w domu, zamiast szóstej z minutami zrobiło się wpół do ósmej. Giant dawno nie ujeżdżany wyrywa się do przodu, a ja w porannej mgle docieram do Kołbieli i na rondzie słynnym z Radia Kierowców, gdzie krzyżują się DK 17 i DK 50 odbijam w stronę Mińska Mazowieckiego. Za Kołbielą odbijam w stronę Siennicy i szosą z niewielkim ruchem, przez lasy dojeżdżam do tej miejscowości. Nie zatrzymuje się, choć z pewnym zainteresowaniem oglądam z wysokości siodełka miejscowy kościół połączony z budynkiem wyglądającym na dawny klasztor. Przy wyjeździe mijam jeszcze dwór położony w rozległym parku, a w zasadzie czymś co kiedyś było parkiem. Robi się przyjemnie. Przed Mińskiem Maz. wymija mnie dwóch kolarzy na szosówkach. Pozdrawiamy się w przelocie. Mińsk Mazowiecki z początku mnie nawet przyjemnie rozczarowuje. Spostrzegam imponujący biały kościół z dwiema wieżami, którego się w tym mieście nie spodziewałem. W maleńkiej cukierni kupuje pięć pączków serowych, którymi po drodze wyrównuje bilans kaloryczny. Zaskakują mnie pasy dla rowerów wymalowane w ciągu jezdni, niestety kończą się po kilkuset metrach. Dalej, aż do wyjazdu z miasta droga dla rowerów to baumociąg. Za Mińskiem jadę przez moment główną jezdnią, a później aż do Nowej Dęby równoległa drogą techniczną z całkiem niezłym asfaltem. Dalej, aż do zjazdu na drogę [721] DDR. Od Brzezin przez Duchnów do Wiązowny. Znowu wymijam się z kolarzami, pozdrawiam się z 4 chłopakami na szosówkach jadących w przeciwną stronę. Wygląda na to, że mamy renesans kolarstwa szosowego. W Wiązownej wielkie tłumy ludzi. Droga obstawiona sznurami samochodów, najpierw myślę, że może do kościoła, może jakiś odpust, dopiero, gdy widzę truchtających biegaczy z numerami startowymi i radiowozy zamykające ruch kojarzę, że także w Wiązownej organizowany jest bieg Tropem Wilczym z okazji Narodowego Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych. Uznanie dla organizatorów, a przede wszystkim: BOHATEROM - CZEŚĆ I CHWAŁA!
Korzystając z chwili wolnego spaceruję po miasteczku. Pomimo "szarej" pogody czuje się tu jak u siebie. Zapewne to wpływ wychowania w "dawnej dzielnicy pruskiej". Wszystko to takie znajome i podobne. Ratusz, rynek, fara górująca nad jego północną pierzeja do złudzenia przypomina tę z mojego ukochanego Torunia:
Widok nie napawa optymizmem. Te po lewej stronie też pójdą pod topór. Pewnie będzie nowy śliczny asfalt, może wytyczą DDR i wyłożą ślicznym polbrukiem. Może nawet odgrodzą jezdnię od chodnika ślicznymi biało czerwonymi łańcuszkami. Tylko drzew, które w 1920 r. pewnie widziały gen. Hallera, już nie będzie.
Dojeżdżam do Redy. Dalej drogą wzdłuż linii kolejowej dojeżdżam do "centrum" i dalej już do Rumii. Chcę zdobyć jeszcze gminę Kosakowo, więc w Rumii odbijam w kierunku pd- wsch i za niewielkim kanałkiem wjeżdżam na teren piątej w czasie tej wycieczki gminy. Kawałek "drogą wewnetrzną" (zakaz ruchu nie dotyczy rowerów), bedącą fragmentem szlaku rowerowego R-10 docieram do Gdyni. Tam przez dzielnice "przemysłowe" po słynnych "trójmiejskich" DDR-ach docieram na stację SKM-ki, a dalej już kolejką do Gdyni Głównej (Osobowej).
Udało się połączyć pożyteczne z przyjemnym. Zaliczone pięć nowych gmin: Miasto Puck, Puck, Reda, Rumia, Kosakowo. Poniżej dwie mapki. Korzystałem z Garmina Dakota, który jest jeszcze dla mnie nowością i takie dwie mi się zapisały, a nie umiem ich jeszcze pożenić.
Pobudka przed świtem, kawa,
sękacz, rower. Pogoda stabilna. Oznacza to, że wczorajszy śnieg już został, a w
dodatku nocny mróz ustabilizował pokrywę śnieżną. Bardzo ślisko. Z trudem
utrzymuję równowagę na podjeździe do kwatery. Wołownia, Jeleniewo, kawałek DW …
i skręcam lokalną drogę w kierunku na Okrągłe. Drogi różnią się tym, że
wojewódzka jest czarna, a lokalna zupełnie biała, pokryta kilkucentymetrową
warstwą ubitego i zlodzonego śniegu. Jakoś jadę. Prędkość raczej rekreacyjna.
Wymija mnie kilka samochodów. W ich światłach dobrze widać połysk nawierzchni.
Widoczność tylko na kilkadziesiąt metrów. Z mgły co jakiś czas wyłaniają się
stojące przy drodze pojedyncze gospodarstwa i stojące w polu monstrualne wiatraki
farm wiatrowych. Skręcam na Potasznię. Wczoraj zastanawiałem się jaki rodzaj
śniegu jest najlepszy do jazdy: ubity w koleinie, wzruszony pomiędzy koleinami,
czy świeży na poboczu. Dziś moje rozważania idą w kierunku kolorów. Biała,
szara, czy czarna nawierzchnia. Widać, że coś jechało i odśnieżało, w efekcie
na drodze widać „przecierki” i zróżnicowane pokrycie śniegiem. Wieś o nazwie
Żywa Woda nasuwa skojarzenia ewangeliczne, ale też baśniowe. Podobno w tych
okolicach rozegrała się jakaś bitwa lub potyczka Powstania Styczniowego.
Potasznia. Mostek na Czarnej Hańczy. Czarna Hańcza W tym miejscu znacznie szersza niż kilka
kilometrów w górę w okolicach Turtula. Widać ile wody zbiera na tym odcinku.
Krótki „łącznik” do Osowej, gdzie wyjeżdżam na zupełnie odśnieżoną DW 652 w
kierunku Filipowa. Wpinam się (wreszcie) w pedały i trochę przyspieszam. Mgła
ogranicza widoczność do ok. 50 metrów. Widoczność na tyle wystarczająca, abym
zobaczył miłą dla oka niebieską tabliczkę z nazwą nowej dla mnie gminy Filipów.
Dojeżdżam do pierwszych zabudowań wsi Piecki i zawracam. W drodze powrotnej
odbijam jeszcze na Taciewo. Drogą wiodącą przesmykiem pomiędzy Jeziorami
Taciewo i Grabieńsk „zahaczam kołem” o gminę Bakałarzewo i zawracam. Taciewo
zapamiętam jeszcze z jednego powodu. Zachował się w nim stary znak przystanku
autobusowego, Okrągła, żółta tarcza w wpisaną czarną kierownicą, napisem PKS
nad tarczą i osadzona na betonowym słupku.
Powrót do DW 652. Potasznia, krótka
przerwa na odpoczynek i dalsza jazda po zaśnieżonej i śliskiej drodze. Udaje
się powrócić bez szwanku z dwiema kolejnymi gminami na koncie.
Dzisiaj to już nie spacer. Wycieczka. Budzę się przed świtem. Widok za oknem potwierdza wczorajsze prognozy. Wszędzie biało. Zasypany śniegiem cały świat.
Do sakwy wrzucam
przygotowane wieczorem kanapki, banana, chałwę. Kawałek sękacza popijam kawą z
mlekiem i wychodzę przed domek. Śnieg pada intensywnie grubymi płatkami.
Termometr na zewnątrz skazuje -3 C. Wyprowadzam rower z garażu i wychodzę na
drogę. Drogi nie ma. Wszystko łącznie z drogą zasypane równiuśko. Ruszam w
obranym kierunku po czymś, co w mojej pamięci jeszcze wczoraj było drogą. Po
kilkudziesięciu metrach pojawiają się ślady samochodu, który widocznie wyjechał
z kolejnego gospodarstwa i pojechał w tym samym kierunku. Ostrożnie, bardzo
ostrożnie posuwam się w stronę Czerwonki. Tempo już nie to, co wczoraj i w
poniedziałek. Polodowcowe pagórki pokonuję ostrożnie, zwłaszcza przy zjazdach.
Dojeżdżam do skrzyżowania z krajową „ósemką”. Mam dylemat, czy jechać dalej,
czy jednak zawrócić. To ostatni moment na taką decyzję. Wiem, że gdy pojadę dalej
trzeba będzie konsekwentnie zrobić zaplanowaną pętelkę. Szkoda mi tych Sejn.
Jadę. Droga do Kaletnika nie istnieje na niektórych, mniej szczegółowych
mapach. Ale wiem, że jest. Wskazują na to koleiny, które wyżłobiły w śniegu
przejeżdżające przede mną pojazdy.
Droga Czerwonka - Kaletnik
W czasie uważnej jazdy oddaję się
rozważaniom, czy lepiej jechać koleiną, czy też po prawej stronie kolein, a
może pomiędzy nimi, po tym takim „wzruszonym” śniegu. Każda opcja ma swoje
zalety i wady. Koleina wiadomo: twarda, jedzie się zauważalnie szybciej. Ale
też jest wyoblona po bokach i o wywrotkę nietrudno. Pobocze w zasadzie nie
różni się od tego co za poboczem. Może tam jest rów, a może jakieś dziury?
Pomiędzy koleinami jedzie się wolniej. W praktyce jadę różnie. Nie ustrzegam
się jednak upadku. Na zjeździe z większej moreny, gdy rower nabrał prędkości
wystarczyło, że musnąłem opuszkami palców klamki hamulców, a już mnie położyło.
Sunęliśmy tak z górki kilkadziesiąt metrów. My to znaczy ja leżący na lewym
udzie i barku, a razem ze mną rower, który ciągle okraczałem. Za hamulec, jak
sądzę, posłużyła sakwa z grubej cordury. Nie ma to jak dobry szorstki materiał.
Na szczęście bez urazów. Otrzepałem się, oczyściłem rower ze śniegu którego
zagarnął w siebie całkiem sporo. Wczepiłem przedni błotnik, który się wyhaczył
w trybie awaryjnym i jadę dalej. Powtarzam tylko w myślach: zapomnij o
hamulcach. Wolniuśko, ale do przodu. Teraz z kolei inna kwestia – dylemat
krótkowidza okularnika. Padający śnieg zalepia okulary, ale bez okularów
słabiej widzę. Wszystko jest takie białe i nie widać „niuansów” drogi. Ale z
kolei w zaśnieżonych okularach też nie widać. Ściągam je i chowam do kieszeni.
Dojeżdżam do Kaletnika. Ładnie położony na wzgórzu kościół z okresu
międzywojennego.
Kaletnik. Kościół
Zatrzymuję się na moment na przystanku. Rozmawiam chwilę ze
starszą kobietą czekającą na autobus. Jedzie do Suwałk, do lekarza. Ja
opowiadam jej o moich dzisiejszych planach. Przyznam, że nie robią na niej
wrażenia. Tu nie w takie zimy ludzie jeżdżą na rowerach. Wyczuwam, że moja
rozmówczyni krępuje się trochę tej rozmowy. I nie tyle tego, co mówi, ale jak
mówi. Jest to piękna kresowa polszczyzna. Podobna do tej, jaką mówią nasi
rodacy z nieodległej Wileńszczyzny. Wszechmoc mediów, a zwłaszcza telewizji i
przekazu w tzw. literackiej polszczyźnie sprawia, że ludzie zaczynają wstydzić
się mowy, którą posługiwali się ich dziadkowie i rodzice. Rozmowę przerywa nam
nadjeżdżający autobus. Jadę dalej. Za Kaletnikiem przekraczam granicę
Wigierskiego Parku Narodowego, co oznajmia wielka biało-brązowa tablica.
Po
głowie krążą myśli o rannej wilczycy. Według informacji miejscowych mediów w
tym Parku są dwie watahy wilków: północna i południowa. Właśnie wilczycy z
północnej watahy przydarzyło się nieszczęście i wpadła w kłusownicze wnyki.
Wilk jest mądrym zwierzęciem i nie szarpie się we wnykach. Wilczyca przegryzła
gałąź, do której wnyk był przywiązany i się uwolniła. Kuleje jednak po tym i
nie nadąża za swoim stadem, co powoduje, że nie dojada. Tak sobie myślę, że
może nie dogoni jelenia, ale powolnego rowerzystę? Z tych rozmyślań wybija mnie
kolejny upadek. Już nie tak spektakularny jak poprzednio, ale bardziej bolesny.
Na zakręcie niby odśnieżona droga pokryta była lodową skorupą. Nie pomogły nawet zimowe opony.
Dojeżdżam do Wiatrołuży i przy pomocy mapy orientuję się, którą z licznych dróg
i dróżek wybrać, aby dojechać do Krasnopola. Pod śniegiem wszystkie wyglądają
podobnie i tak „równorzędnie”. W Jeglińcu całkiem nowa szkoła i pusta. Wcale
nie z powodu ferii, bo tutaj zaczną się dopiero w przyszłym tygodniu. Pewnie
nie ma tyle dzieci i gmina oszczędzając zamknęła „budę”. Jest cicho, spokojnie,
w rozrzuconych z rzadka gospodarstwach
szczekają psy. Jedzie się ciężko nie tyle z powodu śniegu, który moje opony
dziarsko rozcinają i rozrzucają na boki, co właśnie z powodu śliskości i obawy
przed upadkiem. Najbardziej się boję, że się przewrócę, a samochód który
nadjedzie za mną nie zdąży wyhamować. Wśród rozmyślań o takich podstawowych,
rzekłbym życiowo-bytowych sprawach wjeżdżam do Krasnopola. Trochę przypomina
miasteczko. Droga za to w lepszym stanie, tzn. odśnieżona.
Droga Krasnopol - Sejny
Po raz pierwszy tego
dnia wpinam się w pedały i przyspieszam. Po chwili wjeżdżam na nową „obwodnicę”
Krasnopola w kierunku Sejn. I tu zaskoczenie: DDR. Różne mają rowerzyści opinie
nt. celowości budowy DDR, a zwłaszcza DDPiR. Dzisiaj przyłączam się do głosów
mówiących, że DDR to „samo zuo”. Wystarczy spojrzeć: szosa odśnieżona, pewnie
posypana, czarniutki asfalt, a droga dla rowerów tonie w śniegu. Nie wiem co
krawężnik, co rów, co pole, a co DDR. Jadę szosą. Większość kierowców wyprzedza
mnie ze zrozumieniem, ale znalazło się dwóch takich, co nie omieszkało użyć
klaksonu. Jeden kierowca golfa, zrobionego na „rajdówkę”, wiadomo podwójna,
niklowana końcówka wydechu, spojlerek, donośny bumcyk ze środka. Drugi, to typ
który ja nazywam „kapelusznikiem”. Pan w wieku więcej niż średnim, tym razem nie
w kapelusiku, ale w czapce z nutrii, za kierownicą starego opla. Stoczyłem
wewnętrzną walkę i powstrzymałem się przed pokazaniem jednemu i drugiemu brzydkiego
gestu. Nie wiem co mnie bardziej pohamowało, czy skautowa przyzwoitość, czy
pamięć o tym nieszczęśniku z Pabianic, którego jesienią bandyci wepchnęli pod
autobus. Na szczęście po kilku kilometrach pojawiły się Sejny. Czas na
zasłużoną kawę na Orlenie.
Kupuję orlenowski – jak ja to nazywam - „zestaw kolarski”
(hot-dog + duża kawa z mlekiem) w wersji Winter (dodatkowa duża herbata do
termosu). Oczywiście całe te marketingowe czarowanie się odbyło, wg znanego
rytuału:
- Faktura? Czy, paragon wystarczy?
- Dziękuję, wystarczy paragon.
- Czy kartę Vitay Pan posiada?
- No wie Pani, na rowerze …
- Ach tak, rozumiem. Ale polecam doskonały zimowy płyn do
spryskiwaczy.
- Ale ja nie mam spryskiwaczy.
- Rozumiem. Polecam za to jeszcze jedną kawę. Otrzyma Pan
wtedy gratisowy kubek termiczny.
- Bardzo Pani uprzejma, ale ja naprawdę chcę tylko napić się
kawy i zjeść hot-doga.
- Gdyby czegoś jeszcze Pan potrzebował …
Tak w ogóle Pani była bardzo
miła. Przyniosła mi z zaplecza niklowane krzesełko. Rzeczywiście zlikwidowali
na orlenach „kąciki kawowe”, Pani przyznała się, że na polecenie z „centrali”,
ale jak się okazuje centrala nie zdążyła jeszcze ściągnąć wszystkich krzesełek.
Ot urok korporacji. Krzesełka mają być tylko na stacjach klasy „premium”, a
sejneńska nie łapie do tej klasy.
Jestem oto w Sejnach i w ten
sposób zrealizowałem cały plan, tzn. zaliczyłem gminę Sejny i Miasto Sejny, bo
tutejszy samorząd występuje w dwóch postaciach. Dla „gminożercy” to nawet
lepiej, co dwie gminy to nie jedna. Z kronikarskiego obowiązku odnotuję tylko,
że w tutejszym układzie władzy po ostatnich wyborach nastąpiły znaczące zmiany.
W mieście Sejny dotychczasowego, rządzącego 16 lat burmistrza zastąpił nowy,
dwojga imion: Arkadiusz Adam Nowalski. W gminie Sejny też zmiany, poprzedni
wójt, rządzący od 1992 r. (!) musiał ustąpić młodemu (37 lat) następcy, którym
został Dariusz Adam Łostowski. Istniejący nieprzerwanie od 1957 r. Sejneński
Klub Sportowy „Pomorzanka” (nazwa jak w Słupsku) bierze udział w PZPN-owskich
rozgrywkach w klasie okręgowej. Czerwone koszulki, czarne spodenki. Ostatnia
ciekawostka, miasto Sejny jest najmniejszym pod względem liczby mieszkańców
miastem powiatowym w Polsce (populacja to tylko 5641 mieszkańców). Sympatyczne
te Sejny.
Czas powrotu
Wracam inną drogą. Odśnieżoną i
pustą DW… kieruję się w stronę Szypliszek. Jak to na Suwalszczyźnie, górki,
lasy, rozległe pola, rzadkie zabudowania, egzotyczne nazwy ze słynnymi
Wiłkopedziami i Półkotami na czele. Rzeczka Marycha (nomen-omen) wije się jak transie,
więc gdy przejeżdżam przez nią po raz czwarty lub piąty sam już nie wiem, w
którą stronę płynie. Smolany z małym białym kościółkiem pw. Św. Izydora i
klasztorem, tworzące razem podkowę.
W Sejwach zebrało mi się na łzy
goryczy. Z powodu tablicy z nazwą miejscowości. Tablica jest dwujęzyczna:
Sejwy. Seiwai. Wiadomo, żyją tutaj Litwini. Niczego im nie żałuję. Płakać się
chce, że Polacy na Litwie nie mają takich praw. Słaba ta nasza Rzeczpospolita.
Wszystkie „opcje” były już u władzy i żadna nie upomniała się skutecznie o
prawa dla Polaków za wschodnią granicą.
Na szczęście od dłuższego czasu
już nie pada. Trzeba wracać. Na twarzy
obeschły już łzy, już warg nie zagryzam do krwi. Wiadukt kolejowy,
Zaboryszki – dawna siedziba obecnej gminy Szypliszki. Opisane i odwiedzone w
poniedziałek Szypliszki, Becejły, Przejma.
Od Becejł znowu po śniegu. Mam
wprawę po poranku, więc jazda idzie mi całkiem sprawnie. Po mgle, która znienacka
opadła niesie przez jezioro muzykę ze stoku narciarskiego. Muszą ją nadawać?
Zjeżdżam na kwaterę już nie na śniadanie, ale na obiad. Po obiedzie z dziećmi
na narty.
"Lżejszy" niż wczoraj spacer
rowerowy po Suwalszczyźnie. Zaliczenie zaległych Sejn wymaga więcej czasu,
więc dziś wybieram się na drugą stronę Jeleniewa, na teren gminy Przerośl. Zwyczajowo budzę się, gdy reszta rodziny jeszcze smacznie śpi. Szybka kawka,
drożdżówka i na rower. Otaczający świat dziś bardziej biały niż wczoraj. Po pierwsze
przymroziło w nocy, po drugie – prószy drobniusieńki śnieżek. Droga w barwach
czarno – szaro – białych. Oblodzona nawierzchnia pryska szronem, gdy wbijają się
w nią kolce opon mojego roweru. Po pagórkach Wołowni zjeżdżam do Jeleniewa. Po
prawej drewniany kościół w nowej brązowej szacie. Gdy przejeżdżałem koło niego
w 2009 r. był szary, ale w międzyczasie zmienili szalowanie (wnętrza też),
pozostawiając bez zmian tylko wieżyczki. Ciekawe jak tam liczna kolonia
nietoperzy mieszkająca na strychu tej świątyni. Czy nie ucierpiała w czasie
remontu? W Jeleniewie wydaje mi się, że
powinienem jechać na wprost i tak też czynię. Za skrzyżowaniem mijam po lewej
stronie długi jednopiętrowy „biurowiec”, zajęty na parterze przez kilka
sklepów, w pozostałej części opustoszały. Przypuszczam, że mogła się w nim
mieścić dyrekcja kopalni rud żelaza „w budowie”. Architektura budynku wskazuje
wyraźnie na PRL-owską proweniencję i koniec lat 70-ych, jako datę budowy.
Zapatrzony w relikty niedoszłej, górniczej świetności tych ziem spostrzegam po
chwili, że asfalt mi się skończył. Wprawdzie na Suwalszczyźnie szutrowa
nawierzchnia dróg publicznych to nic nadzwyczajnego, podobnie jak na pobliskiej
Litwie i Białorusi, ale tu mi się coś nie zgadza. Sprawdzam na mapie i robię
korektę marszruty, kilkaset metrów z powrotem, skrót inną „żwirówką” teraz
nieźle zmrożoną i jestem na właściwym trakcie. Przejeżdżam przez przysiółek
Kazimierówka, a następnie wieś Szurpiły. Czeka mnie spory podjazd, a następnie
przyjemny zjazd do doliny Czarnej Hańczy. Zatrzymuję się na mostku i robię
zdjęcie wąskiej w tym miejscu rzeczce, tak popularnej wśród kajakarzy. Też nią
spływałem razem z córką w 2009 r., ale znacznie poniżej Jez. Wigry. Dzisiejsza
mroźna pogoda nie zachęca do kajakowania, za to rower dobrze trzyma się drogi.
Co chwilę jakieś drogowskazy turystyczne. A to punkt widokowy, a to jezioro, a
to głazowisko. Ponadto Izba Pamięci Jaćwingów, Dyrekcja Parku Krajobrazowego,
głazowisko. Dojeżdżam do wsi Kruszki, już na terenie gminy Przerośl (kolejna
zdobycz) a z domu na rozstaju wybiega w moją stronę agresywnie wyglądająca Bura Suka Za nią ujadające trzy podrosłe pieski. Całość akcji
wygląda na lekcję: „patrzcie szczeniaki i się uczcie, co należy zrobić z
rowerzystą”. Chwilę się zastanawiam, czy przypuścić szarżę i przebijać się
przez rozszczekaną sforę, czy okazać pokojowe zamiary. Wybieram to drugie.
Zsiadam z roweru i ludzkim głosem przemawiam do psiny, która w międzyczasie
zaczęła zabiegać mnie od tyłu. Po kilku cmoknięciach i słowach „dobra sunia,
dobra psina”, bura suka łagodnieje w oczach, pochyla głowę, zaczyna merdać
ogonem i przybiega do pogłaskania. Tym razem się udało. Szczeniaki, lekko
ogłupiałe i chyba lekko zawiedzione (przecież w programie miało być gonienie i
gryzienie) na wszelki wypadek trzymają się z daleka. Na dalekim planie widzę
jeszcze jednego, czarnego psa uwiązanego
przy budzie. Jak podejrzewam ojciec szczeniąt, bo i on czarny i dwa szczeniaki
też czarne, a jeden bury tak jak matka. Po tych psich pieszczotach postanawiam
wracać do Leszczewa. Czas na zegarku wskazuje, że pora na śniadanie i nasze, ludzkie szczenięta, jak by powiedziała
Akela, czekają na swoją lekcję. Dziś drugi dzień szkółki narciarskiej. Córka
idzie już na „normalną” trasę, jako, że pierwsze lekcje pobierane w tym miejscu
dwa lata temu nie poszły w las.
Suwalszczyznę lubię za jej
bezpretensjonalność i ujmującą prostotę. Pomimo licznych atrakcji
krajoznawczych i turystycznych, częściej można tu zobaczyć ciągnik rolniczy niż
kampera. Miejscowi, zasiedziali od pokoleń, wyraźnie zaznaczają odrębność
swojej krainy od pobliskich Mazur. Rowerowo odwiedziłem ten zakątek dwukrotnie.
W 2009 r. w Suwałkach rozpoczynałem, rozłożoną na 4 raty podróż dookoła Polski.
Cztery lata później, w 2012 r. zamykałem pętlę. Ale co to były za odwiedziny.
Pierwsze trwały zaledwie kilka godzin. Po wyładowaniu się z pociągu, osławionej
„Hańczy” relacji Warszawa Zachodnia – Suwałki, z kultowym wagonem rowerowym w
składzie, uciekałem przed nadciągającą burzą przez Jeleniewo, Rutkę – Tartak,
Rowele i Wiżajny. Jeszcze na Górze Rowelskiej zjadłem upichcony naprędce obiad,
ale nocowałem już na terenie Prus, tj. Mazur w Stańczykach pod słynnymi
mostami. Końcówka, w 2012 r., wyglądała podobnie. Najpierw z Krynek dojechałem
do Augustowa, później spacerowym tempem do Wigier i ostatniego dnia króciuteńki
zjazd do Suwałk i powrót „Hańczą” do Warszawy. Po tych przejazdach pozostały
wspomnienia, trochę zdjęć, kreska na mapie i jeszcze wiele miejsc do
objechania. Były jeszcze rodzinne pobyty w tych okolicach, ale bez rowerów –
więc to całkiem inna historia. Droga do Szypliszek
N + R
Ferie zimowe w tym roku, nb.
rozpoczynające się na Mazowszu bardzo wcześnie, bo w połowie stycznia
postanowiliśmy spędzić rodzinnie właśnie na Suwalszczyźnie, mając głównie na
uwadze naukę jazdy na nartach (N) naszych dzieci w sympatycznym ośrodku
narciarskim nad Jez. Szelment Wielki, ale także, aby po półrocznym zabieganiu
pobyć ze sobą razem. Tym nie mniej, prawie w ostatniej chwili przed wyjazdem na
bagażnik dachowy obok biegówek „wrzuciłem” rower (R) mając cichą nadzieję, że
może przy tej okazji uda się urządzić parę przejażdżek i przynajmniej uzupełnić
cztery brakujące cztery gminy powiatu sejneńskiego. Wyjazd z domu mieliśmy
jeszcze w aurze prawie wiosennej. Drugi tydzień stycznia był w okolicach
Warszawy wyjątkowo ciepły. Po przyjeździe okazało się, że Suwalszczyzna nie
darmo cieszy się opinią polskiego bieguna zimna. Nocą temperatury spadały
poniżej zera do ok. -4/-5 C, a za dnia nie przekraczały 0 C.
Pierwsza wycieczka
Raczej spacer rowerowy do Puńska
i z powrotem. Wstaję przed świtem, piję kawę, zagryzam kawałkiem placka
drożdżowego i ok. 7-ej wyprowadzam rower z garażu. Jezdnia śliska. Rowerowe
buty, co z tego, że zimowe, ślizgają się, aż miło. Rower, o dziwo, dzięki
zimowym, kolczastym oponom jedzie stabilnie. Szybki zjazd do Wołowni i podjazd
na grzbiet moreny ciągnącej się po północno zachodniej stronie Jezior: Szelment
Wielki i Szelment Mały. Lubię tę porę dnia. Takie przedświtanie. Zdaje mi się,
że tu na północy, zimą słońce wstaje później niż w centrum Polski. Świat cały
oszroniony, przez mgłę (bo jest mgła) zaczynają się przebijać pierwsze
promienie słońca. Jedzie się zaskakująco dobrze. Początkowo tylko przerzutki
nie chcą współpracować, reagując jakby z opóźnieniem. Podejrzewam, że podczas
transportu w deszczu woda wcisnęła się do pancerzy linek i tam już zamarzła.
Droga faluje, a wokół pusto cicho, spokój. Tylko na przystanku kilku
gimnazjalistów czeka na szkolny autobus. Przejeżdżam przez Becejły. Nazwę wzięły
podobno od imienia młodego rybaka (Becejło), który miał śmiałość zakochać się w
księżniczce Igiel. Jej imię nosi z kolei pobliskie jezioro, leżące w tej samej
rynnie polodowcowej, co Szelmenty i połączone z nimi rzeczką Szelmentką.
Krajobraz robi się taki bardziej karpacki. Droga wije się i wznosi serpentynką,
oszronione i ośnieżone świerki przebijają zamglone niebo. Z lasu wyjeżdżam do
Szypliszek.
Szypliszki
Mała wioska w kształcie litery T,
a zarazem siedziba gminy. Daszek od „T” to kawałek DK 8 wiodącej do przejścia
granicznego z Litwą w Budzisku, nóżka „T” to droga do Becejł i dalej do
Rutki-Tartaku i Gołdapi. Gminy Szypliszki brakowało mi wśród „zdobyczy”, więc z
radością konstatuję wykonanie ¼ założonego planu. Gmina ma w herbie na zielonej
tarczy ścięty pień dębu, z którego wyrastają po obu stronach młode gałązki. Nie
wiem, co to symbolizuje. Może żywotność, pomimo upływu lat? Coś w tym jest, bo
gminą rządzi nieprzerwanie od dwunastu lat ten sam wójt, który w ostatnich
wyborach odnowił swój mandat na kolejne cztery lata i - jak sądzę - nie powiedział
jeszcze ostatniego słowa. Miejscowa drużyna piłkarska LZS Szypliszki (białe
koszulki, czarne spodenki) prezentuje stabilną formę, osiągając nawet sukcesy
na miarę swoich możliwości, biorąc udział w rozgrywkach Ludowych Zespołów
Sportowych. Dziś nie kibicuję piłkarzom, jadę zaś dalej. Do Puńska. Przecinam
ruchliwą „ósemkę” i spokojną, boczną drogą jadę w kierunku Sejn, a później na
rozwidleniu do Puńska. Wcześniej w Słobódce, zaraz za Szypliszkami mijam położoną
na wzgórzu dużą, nową szkołę, która – jak przypuszczam – zaspokaja usługi
edukacyjne całej gminy. Droga znowu robi się „karpacka” zjazdy i podjazdy,
świerki, strumienie w dolinach, coraz więcej śniegu w lesie. Dojeżdżam do
rogatek Puńska. W samej miejscowości byliśmy z rodziną na „litewskim odpuście”
w dniu 15 sierpnia, a ponieważ robi się coraz bardziej mgliście decyduję się na
powrót. Chwilę później pada mi garmin, którego lekkomyślnie nie naładowałem
przed wyjazdem. Nie tyle chodzi o nawigację, ale o funkcje licznika i zapis
śladu. Rezerwowo odpalam endomondo, aby choć kawałek mieć zapisany. Powrót tą
samą trasą, Szypliszki, Becejły, gdzie znowu widzę słońce i mogę sfotografować
ładnie położony kościół. Przejma Wysoka, Urzyn leżący na pokładach rudy żelaza,
Wołownia i już Leszczewo, gdzie kwaterujemy w „agroturystyce”. Śniadanko z
rodziną i jedziemy z naszą „młodzieżą” do szkółki narciarskiej.
Zaliczone gminy: Szypliszki i
Puńsk. Dodam tylko, że Puńsk zwany stolicą polskich Litwinów ma ładny herb przedstawiający
Św. Piotra. Ma wygląd małego miasteczka, choć praw miejskich nie posiada. Ale
ma za to Liceum Ogólnokształcące, co jest typowe i właściwe dla miast
powiatowych. Ale taka tu specyfika, bo ten ogólniak ma litewski język wykładowy
(od 1957 r.) Władza gminna jest tu stabilna, ten sam wójt rządzi gminą już od
16 lat i pełni swój zaszczytny urząd kolejną, już piątą kadencję. Klubu
piłkarskiego (seniorów) brak.
Miało być 100 km, a wyszło 30. Ładna pogoda. Ciepło. Zamierzałem przejechać pętelkę przez Kałuszyn i Mińsk Mazowiecki. Do sakwy spakowałem kanapki, termos, banana i cieplejszą kurtkę. Nawet nieźle mi szło. Najpierw objeżdżone wielokrotnie 7 km do Wiązowny, potem "17-ką" w stronę Kołbieli. Pusta droga, mgliście. Przed Wolą Ducką jakiś dziwny szum, coś jakby szum opon. To była moja opona. Złapałem kapcia. Po roku. Co było robić. Do Orlenu po drugiej stronie drogi, łyżki, wymiana dętki, pompowanie. Macanie opony znalazło przyczynę przebicia: małą zszywkę biurową. Czego to ludzie nie wyrzucają na pobocza? Zeszło trochę czasu i odechciało mi się dalszej jazdy. Nie mam kolejnej dętki ani łatek. Wracam i może odkuję się za tydzień (o ile nie będzie ślisko). W drodze powrotnej strzeliłem sobie "selfie": i złapałem na chwilę widok słoneczka:
Dzięki szybszemu powrotowi miałem czas na umycie roweru i jeszcze załapałem się na śniadanie z rodziną. O 10:30 rozpadało się na całego. Może tak miało być?
Kilka dni wolnego dało możliwość wymknięcia się na dłuższą wycieczkę. Pomysł na trasę wzdłuż "Wiedenki" narodził się już jakiś czas temu. Cel: zaliczenie gmin pomiędzy Warszawą a Skierniewicami, nawleczonych na linię d. Kolei Warszawsko-Wiedeńskiej niczym paciorki. Pierwotnie miałem zaczynać z Piastowa, bo jazdę do Warszawy, to mam na co dzień do pracy. Życie lubi jednak płatać figle. Poranne odwożenie dzieci do szkół nieco się przeciągnęło i w efekcie nie zdążyłem na SKM-kę. Pojechałem następnym pociągiem, ale ten dojeżdżał tylko do Warszawy Zachodniej. Dalej już na dwóch kółkach: Aleje Jerozolimskie, Piastów, Pruszków, Brwinów, Podkowa Leśna, Milanówek, Grodzisk Mazowiecki, Jaktorów, Żyrardów, Puszcza Mariańska. Bardzo nieprzyjemne zaskoczenie w Milanówku i Grodzisku Mazowieckim. Na drodze wojewódzkiej nr 719 poustawiano zakazy jazdy rowerem. Chyba tylko po to, aby zmusić cyklistów do jazdy fatalną ścieżką rowerową, a ściślej DDPiR. Staram się nie łamać przepisów, zjeżdżam na ścieżkę co znakomicie spowalnia tempo jazdy. Za Grodziskiem wymijam się z sakwiarzem (w czapeczce) mknącym w stronę Warszawy. Ruch umiarkowany z tendencją do wzrostu natężenia, ale tylko do skrzyżowania (rondo) z DK 50 za Żyrardowem. Dalej - nirwana. Ruch drogowy zanika. Las i pusta droga. samochód przejeżdża co jakieś 10 minut. Mam wrażenie że wspomniane skrzyżowanie pokonywałem podczas Bałtyk-Bieszczady Tour 2014, ale nie jestem pewien. Jechałem od strony Sochaczewa, w towarzystwie, kompletnie przemoczony, mając już 500 km w nogach. Jakoś to inaczej wyglądało. W Puszczy Mariańskiej robię "nawrót" i kieruję się na Mszczonów. Po drodze zaskakująca tablica kierunkowa, która wskazuje do Nowej Huty na lewo i Zatoru na prawo. Całkiem jak w Małopolsce. Mszczonów też słabo zapamiętany z BBTour'u. W zasadzie ulicówka. Korzystam z otwartej jeszcze piekarni i kupuję bułki, które jem po drodze. Dalej Tarczyn, Piaseczno i Konstancin obwieszone plakatami, bannerami i afiszami przedwyborczymi. Z Konstancina do m. Gassy na prom. Dojeżdżam już po zmroku 20 min. przed zakończeniem żeglugi tego dnia. Po przeprawie przez Wisłę (jak szybko!) jadę po płytach betonowych w stronę Karczewa, a dalej Nadwiślanką do Józefowa. W domu żona znacząco spogląda na zegarek, przypominając, że jedziemy do filharmonii na koncert z okazji Święta Niepodległości. Dzień nadzwyczaj udany. Zaliczone nowe gminy: Michałowice, Piastów, Pruszków, Brwinów, Podkowa Leśna, Milanówek, Grodzisk Mazowiecki, Jaktorów, Puszcza Mariańska, Żabia Wola, Tarczyn, Prażmów, Piaseczno. W sumie 13 co daje niezłą średnią - jedna gmina na 10 km. "Przejechałem" się promem, który znacząco skraca drogę do Konstancina. Uroczystości w Filharmonii też udane.
Selfie w Puszczy Mariańskiej (fot. skaut) Małopolska? Kraków? Nie. Mazowsze! Droga z Puszczy Mariańskiej do Mszczonowa (fot. skaut) "Ujazd" dzienny. Różnica pomiędzy Garminem a Sigmą wynika z tego, że ten pierwszy po ok 20 km postanowił się zresetować. (fot. skaut)
(Wpis zaległy). Pierwszy wjazd rowerem na teren Województwa Łódzkiego. Zaliczone nowe gminy: Gorzów Śląski, Praszka, Byczyna (opolskie) i Skomlin, Łubnice oraz Bolesławiec (łódzkie). Ostatnia wycieczka przed BBT. Rano mgła, później mżawka przechodząca w deszcz.
W drodze z Sudetów do domu zatrzymujemy się na dwa dni w Kluczborku u teściów. Jest okazja do małej wycieczki rowerowej po okolicy pod pretekstem szlifowania farmy na BBTour. Przy okazji nowe gminy: Lasowice Wielkie, Murów i Wołczyn. Wracam już po ciemku. Jakie te dni krótkie!
Takie już bowiem mam dziwactwo, że zamiast szukać dalekich cudów przyrody, zamiast gonić za zgiełkiem po targowicach świata, doznaję największych rozkoszy, gdy wpatruję się w dno cichych strumieni i rzek, gdy przykładam ucho do starych mogił, których szeptu mrocznych dziejów nikt nie słucha (Z. Gloger, Dolinami rzek)