Brevet 200 km (Pomiechówek)

Sobota, 11 kwietnia 2015 · Komentarze(0)
Kategoria Brevety

Do startu w Pomiechówku podszedłem na zupełnym luzie. Nigdzie się nie musze kwalifikować, "chrzest bojowy" na długich dystansach przeszedłem w ubiegłym roku we Włocławku i na BBT - więc co to dla mnie 200 km? Taka dłuższa, wiosenna wycieczka, zwłaszcza, że prognoza pogody była nadzwyczaj obiecująca.
Pobudka o 5:00, małe śniadanie (owsianka, jajko, kawa). Jeszcze dwie kanapki na trasę, chwytam mały plecak z przygotowanym wcześniej ubraniem rowerowym, w drugą rękę rower i zbiegam do samochodu. Trochę mało czasu, pomimo że Pomiechówek jest "za miedzą", to gps podpowiada, że jazda autem zajmie ok 1,5 h. Na szczęście ruch na drogach w sobotni poranek jest znikomy i kilkanaście minut po 7-ej melduję się w bazie brevetu ulokowanej w nowej, schludnej hali sportowej. Wrażenie robią równiutko poukładane kartony z kanapkami, bananami i izotonikami. Wokół tego krzątają się wolontariusze w fajnych pomarańczowych koszulkach. Całość organizuje Fundacja Randonneurs Polska i jak dla mnie laika i w zasadzie debiutanta w tej branży, pogłoski o jej śmierci są stanowczo przesadzone. Wszędzie panuje ład i porządek. Jest kilka stanowisk dla rejestracji zawodników. Ponieważ opłatę startową wniosłem wcześniej, zostaję przekierowany do "stanowiska szybkiej obsługi". Podpisuję stosowne oświadczenie, dostaję: rozpiskę trasy, zwaną w tutejszym żargonie "cue sheet" i  kartę brevetową dla dokonywania potwierdzeń na trasie. Jeszcze deklaruję, że nie pobieram jedzenia na starcie, ale proszę o jego przewiezienie na punkt kontrolny w połowie dystansu.
Zostaję przydzielony do drugiej grupy startowej, ale o to zadbała moja koleżanka z ubiegłorocznych startów w WTR i BBT - Bożena z Bytomia. Zawsze to milej jechać z kimś znajomym. Bożena ma ambitny plan wystartowania w tegorocznym maratonie Paryż - Brest - Paryż, więc dla niej dzisiejszy start to początek kwalifikacji. Przy okazji życzeń wielkanocnych, zgadało się nam (sms'owo), na wspólną jazdę w tym Pomiechówku.
Przebieram się w strój kolarski. Pomimo ostrego słońca temperatura powietrza oscyluje ok 6 stopni, tak więc odziewam się jeszcze w wiatrówkę i nogawki, a pomiędzy łysinę, a kask zakładam czapeczkę.
Kilka minut przed ósmą krótko zagaja Piotr Bolek, czyli prezes wymienionej Fundacji. Żadnego tam ględzenia, tylko kilka zgrabnych zdań, podstawowe informacje organizacyjne, podziękowania dla wójta Pomiechówka, sponsorów i partnerów imprezy i już ustawiamy się na starcie. Muszę jeszcze dodać, że Piotra poznałem w ubiegłym roku w Rzeszowie na dramatycznej dla nas obu końcówce BBTouru. Jakoś mnie wówczas uspokoiła ta jego misiowatość, a że przy okazji zostałem przedstawiony jego małżonce i poznałem przemiłą córkę - to w tym roku dało mi dodatkowy asumpt do zapisania się na brevet, który oni współorganizują.
Przy asyście Policji, która na moment wstrzymała ruch ruszyliśmy ze startu. Moja grupa jakoś szybko połączyła się z wcześniejszą, choć podejrzewam, że ci najszybsi pomknęli zaraz ostro do przodu. Przejazd wąską uliczką przez willową dzielnicę Pomiechówka, trochę bruku z porządnej, sanacyjnej kostki bazaltowej w okolicach Twierdzy Modlin i za Twierdzą wjeżdżamy na lokalną drogę do Zakroczymia.
Peleton porozrywał się na grupy i grupki, według kryterium, jak przypuszczam, towarzysko-szybkościowego. Ja jadę razem z Bożeną, trochę gadamy, wiaterek nas popycha i prędkość nie schodzi poniżej 30 km/h. Za Zakroczymiem czuję, że za naszą dwójką jeszcze ktoś jedzie. Odwracam się i widzę młodzieńca na białym trekkingu z sakwami. Początkowo sądziłem, że to jakiś sakwiarz robi sobie z nas jaja, wybrał się na przejażdżkę po Mazowszu i się podczepił. Co się okazuje, Łukasz, który za nami jedzie to jak najbardziej regularny uczestnik "naszego" brevetu. Wyjaśnia, że nie ma szosówki, więc wystartował na rowerze jaki aktualnie posiada. Zuch chłopak!
Mazowieckie krajobrazy. Brevet 200 km (2015) © skaut

Gdzieś tak przed pierwszym punktem kontrolnym wyprzedza naszą teraz trójkę większe gruppetto  liczące tak na oko kilkunastu uczestników. Podczepiamy się do nich, ale za moment cała frajda na nic, bo chłopaki zatrzymują się na siku-stopa. Z jednym prawie się zderzyłem, bo zjeżdżał na pobocze jakby TIR-a parkował. Najpierw odbił w lewo do osi jezdni, a zaraz potem zjechał na prawo. Wydarłem się jak tylko mogłem najgłośniej i jakoś gościa wyminąłem.
Jedziemy we trójkę dalej bez zatrzymywania się. Płasko jak na patelni. Zieleń jeszcze nie rozwinięta wiosennie, ale słoneczko przygrzewa coraz mocniej. Jest mi coraz cieplej, co poznaję po parujących okularach. Cały czas coś jem i cały czas jestem głodny. Zanim dojechaliśmy do punktu kontrolnego na 45 kilometrze zdążyłem zjeść dwie kanapki, jednego banana i jakiegoś batona.
Punkt kontrolny zlokalizowano na stacji Orlenu. Pani z wprawą pocztowca stempluje nam żółte papiery, jak żartobliwie nazwał karty brevetowe jeden z uczestników. Chwilę czekamy na Łukasza, który przebiera się "na krótko" i ruszamy dalej. Ja zostałem jeszcze w wiatrówce i nogawkach i nie było to pozbawione sensu, bo zmieniliśmy kierunek jazdy i południowo-zachodni wiatr zaczął nas teraz owiewać z boku i od przodu. Staramy się z Bożeną utrzymać dotychczasowe tempo, ale idzie nam to z większym wysiłkiem. W pewnym momencie jadący ciągle za nami Łukasz nie wytrzymuje i z wyrzutem wychrypuje: "Czy wy zawsze tak zapier...acie?!" Odpowiadam jakimś żarcikiem, że ja to w ogóle bardzo wolno jeżdżę, ale ta tu pani to urodzona sprinterka i trzeba się do niej dostosować.
Drugi, a licząc ze startem - formalnie trzeci punkt kontrolny był na 93 kilometrze w Gołyminie. Po drodze wyprzedzamy pojedynczych kolarzy, kątem oka rejestruję jeszcze ciekawy gotycki kościół i wjeżdżamy na parking przy stacji benzynowej. Tym razem karty podbija nam obsługa brevetu, a na parkingu atmosfera pikniku. Można się częstować kanapkami, bananami oraz izotonikami - do wyboru do koloru. Decyduję się na niebieski, w końcu chemicznie to taki sam jak inne, ale będzie mi pasował do koszulki BBTouru, w którą się przebieram.
Debiut w koszulce BBT © skaut

W międzyczasie docierają kolejni kolarze, w tym także Łukasz, który gdzieś tam po drodze odstał. Ruszamy z Bożeną w dalszą drogę, a za nami kilkunastu innych uczestników. Jedziemy dwójkami w kierunku Płońska. Jazda w ogonie peletonu ma swoje niezaprzeczalne zalety, można np. zjeść kanapkę, jabłko - co też i robię. Niestety grupetto znowu staje na "przerwę techniczną". Tak sobie myślę, że widoczny w ostatnich latach w Polsce boom na kolarstwo zaowocuje za parę lat boomem na urologię.
Mniej więcej 10 km od punktu kontrolnego nadjeżdża z przeciwka kilku kolarzy. Pozdrawiamy ich, a okazuje się, że to uczestnicy naszego brevetu, którzy pominęli punkt kontrolny i wracają po pieczątki. No to mają co najmniej 20 km dodatkowo.
Zostaje nas na szosie czwórka: Bożena, Darek z Warszawy, Colesiu no i ja. Colesiu to taki elegancki galicyjski kolarz na eleganckim rowerze, którego mam we wdzięcznej pamięci także z BBTouru, gdyż był w obsłudze ostatniego punktu w Ustrzykach Dolnych i się na mnie marudera naczekał prawie do białego rana. Tutaj, jadąc na przedzie naszej grupki, zgodnie z kolarską etykietą uprzedza o dziurach w jezdni. Niestety droga jest w takim stanie, że musiałby te kółeczka robić obiema rękami naraz i jechać do Pułtuska bez trzymanki. Nie wiem czy z tego powodu, czy innego zostaje w pewnym momencie za nami. Później na mecie wspominał, że jechał jeszcze z kontakcie wzrokowym z naszą trójką przez dłuższy czas.
Wjeżdżamy do Pułtuska od tej jego brzydszej, zachodniej strony. Po lewej straszą odrapane i pobazgrane "koszarowce" pewnie jeszcze carskiej proweniencji. Ich widok i widok ich lokatorów przywodzą na myśl powieści E. Zoli, czy innego Dickensa. Opłotkami Pułtuska, pomiędzy blokowiskami wyjeżdżamy na drogę do Nasielska. Asfalt lepszy, a nawet bardzo dobry, ale wiatr taki bardziej przeciwny niż dotychczas. Ruch znikomy, tylko kilku motocyklistów wyprzedza nas z rykiem silników. Jeden to nawet jakieś gesty nam pokazywał, ale do dzisiaj nie wiem, czy nas pozdrawiał, czy się z nas naigrywał.
Kolejny, ostatni punkt kontrolny jest na stacji benzynowej na obrzeżach Nasielska. Spotykamy tu jeszcze dwóch kolarzy, w tym jednego na rowerze poziomym. Presja Bożeny i Darka na dalszą jazdę jest spora, więc po krótkiej chwili ruszamy dalej. Tak się zapatrujemy na lądujących spadochroniarzy na lotnisku miejscowego aeroklubu, że na moment gubimy właściwą drogę na rozjeździe DW 622 i DW 632. Darek koryguje naszą marszrutę dzięki gps-owi i kontynuujemy jazdę we trójkę, a po kilku kilometrach we czwórkę, bo doganiamy jeszcze jednego kolarza, a może to on nas dogania. Wreszcie zaczynają się jakieś lasy.
Brevet 200 km (2015). Na trasie © skaut

Dają choć trochę cienia i przede wszystkim osłaniają nieco od wiatru. W Dębem przejeżdżamy na drugi brzeg Narwi, a następnie przez Chotomów do Jabłonny, gdzie wyjeżdżamy na DW 630.
Dębe. Zapora wodna na Narwi © skaut

Dalej to już jak z bicza strzelił. Wygodna droga z szerokim poboczem, tylko niestety pod wiatr. Trochę cierpię, bo zjadłem już wszystko co miałem i w bidonach zaczyna pokazywać się dno. Na szczęście to tylko ok 20 km do mety, a tyle to ja robię codziennie do pracy i wcale nie jem na takim dystansie. W Nowym Dworze czwarty kolega zostaje na stacji BP, a my we trójkę dojeżdżamy do Modlina.
Narew w Modlinie © skaut

Jeszcze tylko zjazd po kostce, przejazd koło ładnego dworca w stylu dworkowym.
Modlin. Zjazd brukowany kostką © skaut
Modlin. Dworzec kolejowy © skaut

Dalej to już relaksowa jazda osiedlowymi uliczkami, przejazd kolejowy i już widać "centrum" gminy z charakterystyczną figurą i dalej już szkoła i meta brevetu.
Pomiechówek © skaut


Podpisujemy i oddajemy karty przejazdu. Zapisano nam czas 08 h i 08 min. Jak na mnie to całkiem nieźle, zważywszy że czas przejazdu netto wyszedł mi 7:36:51.
Okazuje się, że sporo zawodników jest jeszcze na trasie. Mam czas, aby skorzystać z gorącego prysznica, przebrać się w "cywilne" ubranie, załadować rower do samochodu. Jeszcze chwila pogawędki z organizatorami i idziemy z Bożeną i Darkiem na kawę i ciastko do "Magnolii".
Jak dla mnie bardzo miła sobota. Tak mi się spodobało, że nabrałem ochoty na kolejny brevet. Niestety kolejne na dystansach 300 km i 400 km nie pasują mi kalendarzowo, więc nie pozostaje nic innego, jak tylko 600 km na początku czerwca.

Gwoli porządku dodam, że zjadłem 3 kanapki, 3 banany, jedno jabłko, dwa batony i jeden żel energetyczny. Wypiłem 2,5 l wody i 1,5 l
izotoniku.
Zaliczyłem 15 nowych gmin Mazowsza na północ od linii Wisły.

10 kwietnia 2015 r.

Piątek, 10 kwietnia 2015 · Komentarze(0)
Kategoria Miasto
Józefów - Warszawa rano i Warszawa - Józefów po południu, czyli do pracy i do domu.
Taki dziś dzień ... .
Niech go zilustrują słowa na ścianie XXV LO w Warszawie - Falenicy (obok którego codziennie przejeżdżam):
XXV LO im. Józefa Wybickiego. Warszawa - Falenica © skaut
Jeszcze nie umarła, kiedy my żyjemy...

Wiosna, wypadek i dzik

Czwartek, 9 kwietnia 2015 · Komentarze(0)
Kategoria Miasto
Po dziesięciu dniach przerwy od roweru wyciągnąłem Operatora na świeże powietrze. Pogoda zapowiadała się wyśmienicie i taka rzeczywiście była. Ale to po południu. A rano... ? Rano to było zimno jak w styczniu (w nocy mieliśmy mróz). Wyjazd do pracy przed ósmą sprawił, że miałem " trening w porze meczu". Mam na myśli sobotni brevet, na który się wybieram i który startuje także o ósmej rano. To jednak dopiero przede mną. Dzisiaj poranny przejazd, jak to mówią, bez historii.
Powrót już był inny. Najpierw na skrzyżowaniu Czerniakowskiej i Jawaharlala Nehru pani w szarym kombi zajechała mi drogę. Dokładniej rzecz ujmując, bezrefleksyjnie zatrzymała się na przejeździe dla rowerzystów. Udało mi się ominąć przeszkodę w ostatniej chwili ucieczką na pasy dla pieszych.
Takiego szczęścia nie miał inny biker kilka kilometrów dalej. Dojeżdżając do przejazdu przez ul. Polską, przy noclegowni dla mężczyzn z daleka widzę, że coś się dzieje. Kilku rowerzystów stoi na ścieżce i rozmawia. Samochody stoją z jednej i drugiej strony przejazdu jakoś tak "nienaturalnie". Przez szum miasta przebija się sygnał karetki pogotowia. Dojeżdżam do miejsca wypadku razem z nią. Przy drodze stoi na awaryjnych szary saab (?) z wybitą boczną szybą. Na ziemi obok niego siedzi rowerzysta z rozwalonym i zakrwawionym kolanem. Jakaś kobieta (kierowca osobówki) próbuje zatrzymać krwawienie chusteczkami higienicznymi. Brrr. Nieprzyjemny widok. Ratownicy już zajmują się rannym, jadę dalej. Przypuszczam, że samochód wjechał przed bikera, a ten przylutował w bok auta.
Na ścieżce wzdłuż Wału Miedzeszyńskiego mnóstwo rowerzystów.
Wjeżdżam do Miedzeszyna. Na ul. Tawułkowej nagle po lewej stronie słyszę jakieś trzaski i z lasku po lewej wybiega mi drogę olbrzymi dzik. Czarna zjeżona szczecina nabgrzbiecie. W kilku susach przecina jezdnię i ginie w zaroślach po prawej. Jakie to szybkie zwierzę! Dobrze, że biegło ot tak sobie. Gdyby mnie goniło, nie wiem, czy dałbym radę w porę uciec.

Mińsk Mazowiecki i okolice

Niedziela, 29 marca 2015 · Komentarze(0)
Kategoria Wycieczki
To nie tak miało być
W planach na dzisiaj były Siedlce, to znaczy poranny przejazd pociągiem do Siedlec, a następnie niespieszna wycieczka ok. 100 km z zebraniem w drodze powrotnej  6 gmin wschodniego Mazowsza. Aby skorzystać z opcji kolejowej musiałem dotrzeć do jakiejś najbliższej stacji Kolei Terespolskiej wiodącej przez Siedlce. Padło na Cisie oddalone ok. 15 km od Józefowa. Ze wstaniem nie miałem problemu, pomimo zmiany czasu. Ale czy to zbierałem się zbyt długo (czyt. grzebałem), czy też jechałem zbyt wolno (chociaż prędkość na liczniku nie schodziła poniżej 30 km/h), w każdym bądź razie na stację dotarłem o 3 min. za późno. A może to przez mój legalizm. Podejrzewam, że na skrzyżowaniu DK 17 i DW 721 jest pętla indukcyjna, bo stałem i stałem na czerwonym, aż przyjechał jakiś samochód i dopiero wtedy zrobiło się zielone.
Ponieważ z domu wyjechałem na czczo, usiadłem na stacyjnej ławeczce, zjadłem jedną z dwóch kanapek przeznaczonych na dzisiejszy dzień i popiłem wystygłą herbatą z bidonu. Swoją drogą bidony termiczne są stanowczo przereklamowane. Nawet Zefal z podwójnymi ściankami i chyba jakimś żelem w sreberku pomiędzy nimi. A może tak jak inne produkty po iluś tam użyciach tracą swoje właściwości i trzeba kupić nowy? Przy pierwszym śniadaniu postanowiłem zrealizować Plan B. Przecież nie będę czekał całej godziny do następnego pociągu. Mój wybór padł na

Okolice Mińska Mazowieckiego

Najpierw DDR-em z polbruku wzdłuż DK 2 do samej "stolicy" powiatu mińskiego. Na szczęście od Dębego Wielkiego DDR przechodzi w wygodną asfaltową "serwisówkę", aby od skrzyżowania z krajową 50-ką w Stojadłach niestety znowu stać się "baumociągiem". Jest zimno i mgliście.
Droga na Mińsk Maz. © skaut
Po nieudanym "sprincie" na stację, jadę teraz wolniej i czuję, że coś za mocna odparowuję i ewidentnie marznę. Decyduję się na kawę i ogrzanie w McD (jestem klientem nr 1!). Po przerwie jadę dalej do Mińska Mazowieckiego. Tutaj władze w kwestii polityki rowerowej bawią się w piekło-niebo. Droga dla rowerów pociągnięta wzdłuż "starej" DK 2 raz przybiera postać pasa dla rowerzystów wymalowanego na jezdni (niezłe), aby w innym miejscu, po kilkudziesięciu metrach wskakiwać na chodnik wyłożony kostką (słabe). Ale przynajmniej zjazdy są obniżone.
Nigdy nie należałem do admiratorów miast i miasteczek na Mazowszu. Za często przypominają ulicówki, które kiedyś tam przed laty napuchły okolicznymi ulicami. Sam Mińsk Mazowiecki też nie poraża mnie swoją urodą. Za kościołem - uczciwie przyznaję: utrzymanym w ładnej barokowej szacie - skręcam na lokalną drogę w kierunku Jakubowa. Tej gminy jeszcze nie mam w swej kolekcji. Straszny miński asfalt zaraz za miastem zamienia się w nawierzchnię, taką że palce lizać. Zastanawiam się, czy nie położyli jej w pakiecie razem z budową obwodnicy Mińska w postaci obecnej S2. A propos S2 - z wiaduktu nad nią wygląda jak wymarła:
Widok na S2
Widok na S2 © skaut
Podobnie pusto jest na "mojej" lokalnej drodze, którą dojeżdżam do wsi gminnej

Jakubów

Pierwsze co mnie zaskakuje, to nowiutka siłownia "pod chmurką" wybudowana w centrum wioski ze środków UE w ramach polityki spójności. Tak mnie jej widok zaskakuje, że nawet nie zrobiłem zdjęcia. Rozumiem, że w Brukseli uznali, iż naród u nas wątły, słabowity (szczególnie na wsi) i dla spójności wszystkich 28 krajów UE trzeba tę wątłość i słabowitość wygonić żelazem przekutym w rozmaite atlasy i steppery, tudzież huśtawki dla dorosłych. Nie siliłbym się na sarkazm, gdybym przed laty nie posmakował pracy na roli. Wprawdzie w okresie wakacji i adekwatnie do pacholęcego wieku, ale jednak. Ostatnią rzeczą, jaka by mi przyszła do głowy, po całym dniu pracy - byłoby pójście na siłownię. A może ja się nie znam, może teraz jest inaczej niż w latach 80-ych XX w.?
Jest jeszcze w Jakubowie kościół neogotycki. Swoją drogą muszę kiedyś zbadać temat skąd tu tyle neogotyckich kościołów? Dębe Wielkie, Jakubów, odwiedzony dwa tygodnie temu Osieck.
Jakubów (pow. miński). Kościół
Jakubów (pow. miński). Kościół © skaut

Za Jakubowem droga już gorsza. Ciągnie się taka aż do Kałuszyna. Tam wjeżdżam na krajową "dwójkę", by po kilku kilometrach skręcić na północ w kierunku na Liw i Węgrów (DW 697). W tych gminach byłem już w zeszłym roku i dzisiaj się nie wybieram. A Węgrowa nie lubię, bo nadużywają tam znaku zakazu B-9. Siłą rzeczy opuszczam powiat miński, aby na chwilę odwiedzić
 
Powiat węgrowski
.
Prosta droga, jak od linijki faluje na pagóreczkach charakterystycznych dla tej okolicy. Wreszcie po paru kilometrach jest gmina Grębków. Wioska nawet zadbana. Kościół neogotycki - a jakże, poczta, bankomat. W centrum wsi skręcam na zachód i już rozumiem dlaczego mi się tak dobrze do tej pory jechało. Wiadomo - z wiatrem. Teraz wieje mi w twarz. Może nie za silnie, ale odczuwalnie. Smuteczek rozwiewa za to ten widok:
Bociek. Wiosna 2015
Bociek. Wiosna 2015 © skaut

Na widok pierwszego w tym roku bociana cieszę się, jak nie przymierzając Max Paradys pod koniec "Seksmisji". W miejscowości Cierpięta skręcam na południe, a zarazem wjeżdżam na teren gminy Wierzbno (pow. węgrowski). Po kiepskim asfalcie docieram z powrotem do Kałuszyna. Po prawej mijam Zalew Karczunek, który jest chyba jakąś lokalną atrakcją oraz dumą miejscowych włodarzy. Oznakowany tak, że trafić można zewsząd. Dojeżdżam do kościoła (neogotyk!). Dziś Niedziela Palmowa, więc sprzedawcy palemek przycupnęli pod murem i na chodniczku z nadzieją na zarobek.
Niedziela Palmowa. Kałuszyn
Niedziela Palmowa. Kałuszyn © skaut

Wracam na krajową Dwójkę, aby niezadługo skręcić na Mrozy. Zanim jednak skręciłem zobaczyłem ... . No właśnie, zrobiłem zdjęcie i nie mogę teraz napisać, jak mówił śp. red. Bohdan Tomaszewski: "szkoda, że Państwo tego nie widzą!". Oto przed Państwem

Złoty Ułan

Złoty Ułan. Kałuszyn (Polska)
Złoty Ułan. Kałuszyn (Polska) © skaut
Czy muszę coś dodawać? Uczcić pamięć bohatera to rozumiem. Historia, Bóg, Honor, Ojczyzna - jak najbardziej. Pomnik - oczywiście. Ale TAKI? Toż to kicz w czystej postaci. Nie tylko oczy bolą, ale i zęby jak się na TO patrzy.

Skręcam na Mrozy. Niezły asfalt, droga z górki, słoneczko przygrzewa. W Mrozach kościół, wydaje się, że chrześcijański, ale w formie kojarzy mi się z budowlą dla wyznawców religii spod znaku półksiężyca.
Mrozy. Kosciół pw. Św. Teresy
Mrozy. Kościół pw. Św. Teresy © skaut

Jak z tą demografią w Europie dalej tak będzie, i zaleją nas "Kalormenowie", to na meczet akurat się nada.
Dalej Cegłów, który wcale nie ma cegieł w herbie tylko kłosy i głowę Św. Jana Chrzciciela. W Cegłowie dwa kościoły: jeden gotycki (chyba taki prawdziwy), ale z barokową fasadą (ciekawe, ciekawe). Drugi - położony niedaleko neogotycki oczywiście (Mariawici). Po drodze wieś

Boża Wola
Nazwa adekwatna do dzisiejszego dnia (Mk 14, 36).
Boża Wola (pow. miński)
Boża Wola (pow. miński) © skaut

Wjeżdżam do Siennicy. Otwiera mi się ładny widok na front barokowego kościoła pofranciszkańskiego.
Siennica. Kościół
Siennica. Kościół © skaut

Skręcam w kierunku Kołbieli i znaną mi już wcześniej drogą jadę przez laski i pola. Mijam po drodze "Kolumnę Maryjną" ustawioną przez kogoś na prywatnej działce. Obok pasą się gęsi, łażą perliczki, ujada pies. Kolumna nie jest z tych barokowych, takich jakie można zobaczyć na rynkach dolnośląskich miasteczek, w Czechach i innych dawnych ziemiach Habsburgów. Tylko taka nasza, swojska wręcz. O taka:
Black Madonna (pray for us)
Black Madonna (pray for us) © skaut

Trochę głupio się przyznać, ale w dalszej drodze zastanawiałem się, czy figura nie jest aby z plastiku i czy nie jest pusta w środku? Straszne.

Kołbiel

Miejscowość znana z ronda, które się ustawicznie korkuje. Krzyżują się na nim DK 50 (tzw. wschodnia obwodnica Warszawy) i DK 17 (Warszawa - Lublin). Zanim się dojedzie do ronda trzeba się przejechać nieprzyjemny kawałek "50-ką". Dyskomfort potęgują rurowe bariery pomiędzy jezdnią, a chodnikiem. Ruch jak na niedzielę spory. TIR-y ciągną całymi stadami. Jeden z nich tak się rozpędził, gdy mnie wyprzedzał, że chyba żółta skrzyneczka zrobiła mu  "słitfocię", którą za jakiś czas prześle mu Inspekcja Transportu Drogowego wraz z numerem konta. A ja niczemu nie winny zmykam czym prędzej na lokalną drogę do Celestynowa. O niebo przyjemniejsza niż 17-ka w kierunku Warszawy.

Znowu cicho i spokojnie
.
Las, ptaki świergolą, kwitną zawilce
Zawilce. Celestynów (rezerwat) © skaut

Za Dąbrówką mijam stojącego na przystanku szosowca starej daty. Chyba na kogoś czekał. Taki suchy, żylasty, w kolarskiej spłowiałej czapeczce z daszkiem do góry. Kolarzówka błyszcząca chromami. Za kilkanaście lat też może taki będę.
Dojeżdżam do Otwocka. Nie wiem, czy jakiś maraton MTB się tu nie odbywa, bo wymijam kilku chłopaków na góralach z jajowatymi numerami startowymi na kierownicach. Jeszcze tylko stary most, dawno nieczynnej wąskotorówki nad Świdrem (dużo wody) i już Józefów.
Rz. Świder w Józefowie
Rz. Świder w Józefowie © skaut

Pierwsza setka w tym roku (plus ćwiartka "setki") i 6 nowych gmin. Udała mi się ta niedziela.
Mapka:


W słońcu i w deszczu (Warszawa)

Piątek, 27 marca 2015 · Komentarze(0)
Kategoria Miasto
Do pracy i do domu. Rano ciepło, a nawet bardzo ciepło. W ciągu dnia zachmurzyło się, popadało, a nawet zagrzmiało. Po pracy wyjeżdżałem "w szarówce". Wiatr północno - zachodni (jak podejrzewam) sprzyjał jeździe rowerem. Przed kościołem oo. Pijarów na Siekierkach dogonił mnie biker na góralu. Wymieniliśmy uprzejmości, pogadaliśmy o pogodzie, a potem każdy pojechał w swoją stronę. On w kierunku Wilanowa, ja do mostu i dalej do Józefowa. Gdy zjeżdżałem ze ścieżki na Wale, spadły pierwsze krople dżdżu. Od Falenicy jechałem już w regularnej ulewie. W domu zameldowałem się przemoczony do suchej nitki. Strój kolarski do pralki, nosiciel stroju pod prysznic. Weekend.

Otwock, czyli kolejne Święto Wiosny

Środa, 25 marca 2015 · Komentarze(0)
Kategoria Miasto



Taki dzisiaj dzień, że w ciszę Wielkiego Postu wdziera się okrzyk radości. Jak mawiał Biedaczyna z Warszawy: "w życiu nie ma przypadków, są tylko znaki". Akurat dziś, w Dzień Zwiastowania przydarzyły mi się dodatkowe małe radości. Podczas porannej drogi do pracy, przekroczyłem łączny dystans 1000 km przejechanych w 2015 r. To nic w porównaniu z gigantami kolarstwa, czy nawet tutejszego serwisu (BS). Dla mnie jednak mały sukces, zważywszy że miesiąc temu odstawiłem kule i ortezę po zerwaniu przyczepu mięśnia. Przyroda całą sobą manifestowała dziś Wiosnę. Tak bardzo, że do roboty pojechałem już w letnich ciuchach rowerowych. Od razu lżej, zwłaszcza, że zimowe buciory spd zamieniłem na lekkie "pantofle". Po południu pojechałem jeszcze po córkę do szkoły robiąc jej niespodziankę. Plecak dziecka na grzbiet taty, córka na bagażnik i 2,5 km dzikiej jazdy ze śmiechem po każdym wyboju. Obciążenie tylnego koła spore, radość dziecka - bezcenna. Potem jeszcze wyskok rowerowy do Otwocka w celu odebrania przesyłki z paczkomatu. Już od dłuższego czasu tamtejszy paczkomat ma dodany "interfejs białkowy" w postaci personelu, który wydaje przesyłki w punkcie odbioru. InPost bowiem stał się ofiarą własnego sukcesu i nie przewidział, że 1 (jeden) paczkomat na powiat otwocki to zdecydowanie za mało, w związku z czym jest ustawicznie zapchany. Oczywiście paczkomat, a nie powiat. Ale ludzie w punkcie odbioru sympatyczni, więc nie mam powodów do narzekań. Dodam, że przesyłka jak najbardziej rowerowa, tzn. akumulatorki i ładowarka. Miałem już dość kupowania bateryjek do lampek i innych gadżetów, używanych przy dłuższych jazdach kolarzówką. I na koniec jeszcze jakie fajne selfie mi wyszło. Najmilsze w tym wszystkim jest to, że:

"Nie za szybko, kroki drobiąc
Idzie wiosna, idzie nam"

Chce się żyć!

Ścieżka nad Wisłą (Warszawa)

Poniedziałek, 23 marca 2015 · Komentarze(0)
Kategoria Miasto
Ubiegłotygodniowe plany i zamierzenia, aby w piątek dociągnąć do 900 km w tym roku, a w niedzielę do 1000, zderzyły się z niedzielną pogodą i przede wszystkim brakiem nastroju na jazdę rowerem. Uznałem, że lepiej na spokojnie przesiedzieć ten dzień w domu, napić się herbaty z imbirem, podkurować czosnkiem i proszkami na grypę, niż zmuszać się do jazdy rowerem.
Za to dziś narodziłem się na nowo. Wcześnie wstające słońce zerwało mnie na nogi przed szóstą. Do jazdy rowerem musiałem się ubrać jak w styczniu na Suwalszczyźnie. Dwa polary, ocieplane spodnie, zimowe buty, grube rękawiczki. Mroźne powietrze było tak czyste i przejrzyste, że nogi same kręciły pedałami.
Po pracy wracałem przez Most Świętokrzyski, a następnie ścieżką "szutrówką" wytyczoną przez nadwiślańskie łęgi i grądy. Zachodzące słońce dawało fantastyczne cienie. Całkiem przyjemnie się jechało, podłoże twarde i zbite. Szkoda tylko, że tak krótko, bo do Mostu Łazienkowskiego. Tam ze zdumieniem odkryłem, że trwający od dwóch lat remont estakad formalnie się nie zakończył. Świadczyć o tym może tablica informacyjna budowy i robotnicy, którzy coś tam grzebią. To jest inwestycja! Jeszcze się remont nie skończył, a będzie konieczny kolejny.
Za mostem dalej Wałem Miedzeszyńskim do Józefowa, w którym zahaczyłem o Kolonię Błota.

Ścieżka nad Wisłą (Warszawa) © skaut
Wiosenny teatr cieni nad Wisłą
Wiosenny teatr cieni nad Wisłą © skaut
Remont estakad Mostu Łazienkowskiego jeszcze trwa © skaut
Mapka:

Święto Wiosny

Piątek, 20 marca 2015 · Komentarze(0)
Kategoria Miasto
Do pracy - na sportowo

Wczoraj tak mnie znużyła jazda na rowerze trekkingowym, że dziś dla odmiany pojechałem do roboty na szosówce. Był z tym związany ukryty zamiar wstąpienia do serwisu gianta. Po ostatniej wycieczce do Garwolina tylny hamulec przeraźliwie zaczął piszczeć. Akustyczne wrażenie było takie, jakby z gumowego klocka nic nie zostało, a hamowanie odbywało się przy pomocy śruby mocującej, ryjącej w obręczy Rów Mariański. Pobieżne oględziny tego niby nie potwierdzały, klocka było całkiem sporo, ale piszczenie było naprawdę denerwujące. Zanim jednak dojechałem do Warszawy, rozkoszowałem się szybką jazdą w mroźny poranek. Na trawie szron, a ja pomykam o wiele szybciej niż zwykle. Do pracy dojechałem w 50 minut.

Zaćmienie słońca

Przed południem wszyscy byli podekscytowani zapowiadanym zaćmieniem słońca. Trwało gorączkowe poszukiwanie "filtrów" do obserwacji. Dużym powodzeniem cieszyły się zdjęcia rentgenowskie, a także dawno nie używane dyskietki komputerowe. Zdjęcie, które pstryknąłem z ulicy w czasie zaćmienia niewiele mówi. Lepiej było widać pomiędzy żebrami kolegi uwiecznionymi na RTG.
Zaćmienie słońca w obiektywie bez filtra © skaut


Serwis

Po pracy czas na wizytę serwisową. Panowie z Giant - Fabryczna, "od ręki" wymienili mi klocki. Stare jeszcze miały trochę przed sobą, ale nałapały skądś opiłków metalowych, stąd ten pisk. Nowe klocki są innego typu - już nie gumka ze śrubką, ale metalowa szufladka z gumową wkładką (clark's). Po serwisowaniu pokręciłem się jeszcze po Powiślu i o 17-ej ruszyłem do domu. Było tak przyjemnie ciepło, że zatoczyłem większą pętlę - i tak, dla uczczenia Święta Wiosny zrobiłem dziś 60 km. Powinno to dać w sumie 900 od początku roku. Mam nadzieję na przekroczenie w niedzielę pierwszego tysiąca.

Mapka:

Warszawa

Czwartek, 19 marca 2015 · Komentarze(0)
Kategoria Miasto
Rutyna. Droga do pracy i powrót do domu. Rano - zimno. Zimowe rękawiczki nie pomagają, pod koniec jazdy czuje jak drętwieją mi kciuki. Poranny ruch rowerowy na "mojej" trasie jakby mniejszy. Po raz pierwszy w tym roku widzę za to znanego tylko z widzenia rowerzystę na trekkingu w jaskrawożółtym kasku i czerwonej kurteczce. Po zjeździe z Mostu Siekierkowskiego wyprzedza mnie dwoje bikerów na góralach. Grzeją, aż miło. Doganiam ich po chwili i staram się nie odpuścić koła aż do ZUS-u przy Czerniakowskiej.
W drodze powrotnej czuję jakąś niemoc. Do mostu jeszcze jakoś jadę, ale dalej wzdłuż Wału Miedzeszyńskiego to się snuję. Ładna pogoda i długo świecące słońce podbudowują jednak morale i w typowym czasie ok 1 h dociągam do domu. Po drodze uwieczniam krzyż, obok którego codziennie przejeżdżam w drodze do pracy i z powrotem:

Krzyż przydrożny (Warszawa, ul. Tawułkowa) © skaut
Tak, w Warszawie też są takie miejsca, które bardziej przypominają wieś niż miasto.
Mapka:

Warszawa (praca)

Środa, 18 marca 2015 · Komentarze(0)
Kategoria Miasto
Do pracy - chciałoby się napisać: jak zwykle, ale nie. Dziś w ciągu dnia miałem do załatwienia sprawę na ul. Żytniej, więc posłużyłem się rowerem jako środkiem transportu. W "cywilnych" spodniach, koszuli z krawatem i cywilnej kurtce jeździ się trochę gorzej. Ale frajda z jazdy - bezcenna. Pogoda dopisuje. Na ulice i ścieżki rowerowe wylegli masowo rowerzyści, w tym najładniejsza część tej grupy, czyli szykowne miejskie rowerzystki.
Tylko kierowcy ostatnio bardziej nerwowi. Wczoraj otrąbił mnie peugeot na ul. 3 Maja w Józefowie. Dziś rano na rondzie Sedlaczka (nb. "skautowy" patron) otrąbiła mnie blondyna w granatowym volvo. To chyba brak tego mostu tak wpływa na automobilistów.
Droga powrotna pod bardzo uciążliwy wiatr. O dziwo rano nie pomagał tak dobrze jak wczoraj. I jeszcze widoczek, który mam codziennie z drogi powrotnej do domu.


Sanktuarium na Siekierkach (Warszawa) © skaut