Pierścień Tysiąca Jezior 2018

Niedziela, 1 lipca 2018 · Komentarze(4)
Kategoria Ultramaratony
O ultramaratonie kolarskim "Pierścień Tysiąca Jezior", zwanym w skrócie "Pierścieniem" słyszałem od chwili, w której zainteresowałem się jazdą na dłuższych dystansach. Już w kuluarach mojego debiutu w ultra, czyli cztery lata temu we Włocławku usłyszeć można było jaka to fajna impreza i jak bardzo różniąca się od innych. Później dochodziły do tego opowieści poznawanych w kolejnych latach ultramaratończyków, różne relacje - ale wystartować nie było mi dane. Na przeszkodzie stał przede wszystkim termin - początek lipca. Zawsze wypadała kolizja z wakacyjnymi wyjazdami dzieci na obozy i kolonie, a także pracą mojej żony, która standardowo pierwszy weekend ma zawodowo zajęty. W tym roku było inaczej. Wakacje zaczęły się wcześniej, zrobiło się trochę luzu - tylko nie było już miejsca na liście startowej. Miejsca te podobnie jak na BBT rozchodzą się w mgnieniu oka. 
Pomogło mi szczęście i przeurocza kobieta ... .
Już po zakończeniu tegorocznego Maratonu Podróżnika, żegnając się z Anitą - poznaną rok wcześniej na (nieukończonym) MPP, gdzie wraz z nią i z Wąskim ujechaliśmy kawał drogi w legendarnej już ulewie, zagadnąłem o plany startowe na bieżący rok. I dowiedziałem się, że rezygnuje ze startu w Pierścieniu i chętnie "odstąpi" mi swoje miejsce na liście. Pozostało tylko przekonać Roberta Janika do podmiany, co po trójstronnej wymianie maili się udało. Przy okazji zmieniłem kategorię z "open' w której miała startować Anita, na "solo", które coraz bardziej mi odpowiada. Gdy aspekty formalne zostały klepnięte - należało już tylko pojechać na start i przejechać tę pętlę ca 600 km. Na start jadę w piątek po południu, po pracy. Drogę na Warmię do miejscowości Świękitki, gdzie mieści się baza maratonu, pokonuję samochodem. Jazda wąskimi lokalnymi drogami po zjechaniu z krajowej DK7 daje przedsmak tego, co będzie mnie czekać nazajutrz. Do bazy, a tak naprawdę na rozległą posesję Roberta, organizatora i komandora BBT oraz Pierścienia docieram wczesnym wieczorem. Odnajduję się na liście startowej, pobieram pakiet uczestnika i jeszcze za dnia udaje mi się rozbić namiot i zjeść serwowaną przez organizatorów kolację (!). Sama baza zorganizowana perfekcyjnie wygląda jak wielki obóz. Mnóstwo namiotów, wystarczająca liczba toi-toi, są "polowe" umywalki, a nawet prysznice.
Jedno mnie tylko niepokoi - pogoda. Na pierwszy weekend lipca zapowiedziano anomalię polegającą na obniżeniu temperatury, a także zimny wiatr z kierunku północnego. Niestety zaczęło się to sprawdzać. O ile z Warszawy wyjechałem w upale i ubrany stosownie do temperatury w krótkie spodenki i t-shirt, o tyle na miejscu co i rusz zakładam kolejną warstwę odzienia. Wzmagający się wiatr coraz gwałtowniej szarpie połami namiotów i nagina gałęzie drzew. Przezornie pożyczyłem od żony jej najcieplejszy śpiwór (kobiety są bardziej wrażliwe na zimno) i noc przespałem tak komfortowo, jak jeszcze nigdy przed maratonem. Pomogły też zatyczki do uszu i opaska na oczy. Gdzieś czytałem, że to niezbędne akcesoria ultrasa, który musi łapać chwile snu na potrzebną regenerację. 
Start mam wyznaczony stosunkowo późno, bo na 09:55 w sobotę, więc po długim ponad 8-godzinnym śnie, mam czas na spokojne śniadanie, zapakowanie sakwy i torby na przepak, przebranie się za kolarza, a nawet pokibicowanie startującym przede mną.
Wreszcie nadchodzi moment startu. Z podobnymi sobie "solistami" ustawiamy się na starcie i po wypikaniu naszej godziny jedziemy najpierw ostrożnie 500-metrową szutrówką, aby wjechać na asfaltową drogę publiczną w kierunku Dobrego Miasta. Jedzie się cały czas DW 593, konsekwentnie w kierunku wschodnim. Jadę "solo" więc innych uczestników widzę tylko przelotnie, tzn. albo mnie wyprzedzają, albo ja wyprzedzam. Tych pierwszych jest więcej. Jakoś mnie to nie martwi, za to niezmiernie cieszy mnie droga. Warmia oraz Mazury to dla mnie krainy na swój sposób mityczne. Niby bliskie geograficznie z Torunia, w którym spędziłem pół życia, czy z Mazowsza, gdzie minęła mi druga połowa, ale tak naprawdę nigdy do końca nie poznane i tajemnicze. 
Cieszą mnie aleje przydrożne, jakże charakterystyczne dla tych terenów. To było "oczko w głowie" książąt elektorów, a następnie królów w Prusach. Zaleta alej, przydatna dla armii pruskiej, czyli osłona przed warunkami atmosferycznymi przydaje się i dziś - chroniąc nieco od silnego i zimnego wiatru.
Raduje widok miasteczek, które mają wszystko to co trzeba, tzn. rynek, ratusz, farę w rynku, no i kamieniczki. Już wiem, że Pierścień to krajoznawczo jeden z najładniejszych maratonów ultra.
Jeziorany. Kościół św. Bartłomieja © skaut
Ale i poza miasteczkami i wioskami jest na czym oko zawiesić. Przed laty lądolód trochę pofałdował tę krainę, więc płaski kawałek terenu rzadko się zdarza. Są za to liczne jeziorka i jeziora. Jak w nazwie imprezy.
Pierwszy punkt kontrolny w Jezioranach (46 km) osiągam o godz. 11:29. Szału nie ma, jeżeli chodzi o średnią prędkość, ale wiatr naprawdę nie pomaga. Ciągle się ucząc jazdy na takich imprezach teoretycznie wiem, że nie należy za długo przebywać na punkcie. W Jezioranach teorię wspomaga praktyka, bo punkt jest pod wiatą na odkrytych miejskich terenach rekreacyjnych. Nie ma nawet gdzie usiąść. Dostaję kubek herbaty z termosu, pobieram banana i chyba jakąś drożdżówkę i ruszam dalej.
Generalnie - jest pięknie. Ciągle mam przed oczami: "pszeniczny kłos wyrosły na tej ziemi, znajome boćki, co przycupnęły na przyjaznej mazurskiej chacie, widzę bursztynowy świerzop tańczący wśród fal burzanów…". ;-)

Mazurski krajobraz © skaut
Za Robawami zaczyna się wspólny odcinek trasy maratonu dla drogi "tam" i "z powrotem". Jeszcze nie czuję zmęczenia, więc z wyborem kierunku nie mam problemu, zwłaszcza, że ten odcinek jest stosunkowo krótki i rozdziela się w Świętej Lipce. Za tą miejscowością bonus w postaci zmiany kierunku jazdy na południowy, co oznacza kilkadziesiąt kilometrów wiatru w plecy, aż do samego Mrągowa. W Mrągowie (102 km) punkt kontrolny jest na parkingu nad jeziorem. Jest godzina 13:50, ale mam wrażenie, że jestem jednym z ostatnich odwiedzających to miejsce, a ekipa z obstawy jakby się chciała zwijać. Uzupełniam wodę w bidonach, dostaję jakiegoś batona, chyba też jabłko i jadę dalej. Na moment przychodzi deszcz, ale znika tak szybko jak się pojawił.
Za Mrągowem, aż do Rynu dość długi odcinek krajówką (DK59), ale ruch nie jest przesadnie wielki. Wjeżdżam w Krainę Wielkich Jezior, a trasa długo prowadzi zachodnim brzegiem jez. Jagodne, aby przesmykiem między Niegocinem wydostać się dalej na Wschód. Gdzieś w tych okolicach wyprzedza mnie Hipek, z którym zamieniam kilka zdań, i który jako znacznie szybszy zawodnik staje się dla mnie znikającym punktem.
Jestem już nieco znużony jazdą, gdy o godz. 17:07 pojawiają się Wydminy (176 km), a w nich trzeci punkt kontrolny. Tu duże nagromadzenie zawodników. Sprzyja temu położenie punktu (lokal gastronomiczny) i ciepłe jedzenie w postaci makaronu z sosem, a także kawa, herbata do woli oraz ciastka i owoce. Jazda solo ma ten plus, że nikogo (poza sobą) nie spowalniam, ale też nie muszę na nikogo czekać. Gdy się najadłem i nieco zregenerowałem ruszam dalej. Na parkingu zagaduję Mareckiego, który sygnalizuje awarię koła. Mimo tego dojechał do mety jak się później okaże. Za Wydminami jakieś zdarzenie drogowe. Kierowcy aut zaliczyli dzwona.
Jadąc dalej uświadamiam sobie, co jest zaletą Pierścienia. Są to m. in. gęsto rozstawione punkty kontrolne. Kolejny jest bowiem już po 64 km w Dowspudzie, w kordegardzie dawnego pałacu Paców. No tu to już wypas na całego. Na PK Dowspuda (Kordegarda 240 km) jestem o 20:05. W restauracji, na białym obrusie podają w eleganckiej porcelanie regularny obiad. Rosół, olbrzymi schabowy z ziemniakami i surówką i jeszcze kompot. Coś wspaniałego.
Jest jeszcze jedna zaleta Pierścienia - długi dzień i krótka noc. Tak naprawdę ciemno się robi dopiero, gdy wjeżdżam do Augustowa, ale jak to w mieście, latarnie uliczne rozświetlają mrok. Za Augustowem wjeżdżam na prostą jak od linijki DK16, a w zasadzie drogę dla rowerów pociągniętą równolegle do krajówki. Jeszcze tylko wciągam do płuc aromat tytoniu z fabryki tytoniowej BAT na obrzeżach miasta i mogę kontemplować wyniosłe, masztowe sosny Puszczy Augustowskiej, migające mi w świetle rowerowej lampki i lampek innych uczestników. Jakaś taka zgęstka się zrobiła na tym odcinku. Jeszcze tylko Giby z pomnikiem ofiar obławy augustowskiej. Głazowisko  z krzyżem autorstwa prof. Strumiłły ciągle robi wrażenie, a jak się ma świadomość czego dotyczy - ciarki przechodzą po plecach.
Wreszcie są Sejny. Najmniejsze w Polsce miasto powiatowe z wyniosła (jak to na Kresach) barokową bazyliką.
Sejny. Bazylika Nawiedzenia NMP © skaut
U stóp bazyliki, pod wiatą jest punkt kontrolny. Sejny (305 km) osiągam jeszcze w sobotę o godz. 23:44, co poczytuję sobie za mały sukces. Punkt skromny, ale mają wrzątek więc na początek barszczyk "zupka z kubka", potem jeszcze herbata, zagryzana kanapką i batonem. Muzyczka ma nam nie pozwolić zasnąć. Więc trzeba jechać.
Drogą, którą dobrze znam, z zimowych tras rowerowych, wzdłuż wijącej się jak wąż rz. Marychy jadę przez Szypliszki i Becejły na kolejny punkt kontrolny. Na wschodnim widnokręgu  różowieje przedświt. Jest przecudnie. Las gęstnieje, a droga wiedzie pod górkę,  potem zaś super zjazd. Rutka-Tartak - "duży" punkt kontrolny. Jest godzina 01:59, gdy dostaję trzeci już w ciągu doby obiad. Tym razem żurek i rolada mięsna z kaszą. Lokal gastronomiczny wygląda trochę jak po suto zakrapianej imprezie. Goście śpią na stołach, podłodze i jedynej dostępnej kanapie ze skaju. Korzystam z przepaku, marudząc tylko, że nie ma prysznica. Dopełniam więc toalety nad małą umywalką. Przebieram się w cieplejszy strój kolarski - przygotowany specjalnie na najzimniejszą noc lipca i ruszam w dalszą drogę. Istotnie jest zimno. Pomimo galotów "z meszkiem", softshelowej kamizelki, nogawek, rękawków i buffa na głowie lekko mną telepie. Na szczęście nie długo bo w Rowelach słynny podjazd na Rowelską Górę mocno mnie rozgrzewa. Gdy jestem pod wiatrakami, na jej szczycie,  już świta. Przepyszny zjazd do Wiżajn zaliczam już w świetle poranka.
Na wypicowanym MOR szlaku Green Velo przy Trójstyku granic dostrzegam mały namiocik obok roweru. Nie wiem kto to, ale chyba nie uczestnik maratonu. Przejazd przez Żytkiejmy, ślady po dawnej linii kolejowej, boczna, wysadzana jarzębami droga do Stańczyków przywodzą wspomnienia sprzed 9 lat, gdy zaczynałem Rajd Dookoła Polski na pttk-owską odznakę. W Dubeninkach cmentarz żołnierzy niemieckich i rosyjskich z I wojny światowej. W kolejnej nie chowali już obok siebie poległych z walczących armii.
Gołdap (400 km), do której dotarłem o 05:57 zapamiętałem z licznych zakazów jazdy rowerem i tego, że punkt kontrolny był poza miastem, a jego obsługa jakaś taka mocno asertywna. I jeszcze rosół był jakiś taki kwaskowaty. W sumie, namiocik i chłodny poranek nie zachęcały do dłuższego pobytu. Dalsza trasa wiodła wojewódzką do Bań Mazurskich, które mogłyby się nazywać "Ukraińskie", albo jeszcze lepiej "Ruskie", od Rusinów (Ukraińców), których przesiedlono tu w ramach akcji Wisła.
Żeby się nam w głowach nie poprzewracało od tej jazdy niezłymi asfaltami, organizator skierował trasę z Bań mocno na południe ku Kruklankom. W zasadzie nie wiem, czego było więcej pod kołami dziur, czy asfaltu? Strasznie mi mozolnie szła dalsza jazda, bo do Sztynortu (466 km) dowlokłem się po ok. 3 godzinach, czyli na 09:27. Punkt kontrolny w gar-kuchni, do której trzeba się było przeciskać jakimiś opłotkami wspominam bardzo dobrze. Nigdy nie jadłem tak dobrych naleśników i kawa, mimo, że rozpuszczalna smakowała wybornie. Co z tego, skoro w tym miejscu dopadła mnie senność - dopiero po 24 h jazdy, co uważam za sukces. Próbowałem zasnąć na ławce, ale nie wiem, czy drzemka trwała więcej niż 10 min? Jak się okazało - to wystarczyło już do końca.
Droga się poprawiła, wiatr jakby ucichł, wyszło słońce. Kętrzyn - duże miasto, przejeżdżam na spokojnie, aby tradycyjnie podenerwować się na bardzo ruchliwym odcinku DW 594 do Świętej Lipki. W sanktuarium - niedziela. Dużo ludzi i samochodów. Pocieszam się, że to już naprawdę niedaleko do końca.
Święta Lipka. Bazylika Nawiedzenia NMP © skaut
Przed południem dostaję motywującego sms'a od Darka Urbańczyka: "Dawaj Krzysiu!!!. Dobrze ci idzie". Moja odpowiedź oddawała zaś sytuację: "Dzięki Dareczku. Wieje jak jasna cholera".

Po drodze jeszcze trochę hopek i w końcu Reszel (517 km) i punkt kontrolny w restauracji na rynku. Jest godzina 12:45, gdy dostaję kolejny na maratonie obiad. Tym razem pomidorówka z makaronem i pierogi. Zabawiłem trochę dłużej, z uwagi na nie tyle zmęczenie, co raczej znużenie. Orzeźwiony colą, którą sobie dokupiłem, zebrałem się do dalszej drogi. Motywująco działa na mnie przybywanie na punkt kolejnych kolarzy.
Za Reszlem jest źle. No może jeszcze do Bisztynka ujdzie, ale to co nominalnie powinno być drogą (DW 513) nie zasługuje na to miano. Szukając właściwego toru jazdy pomiędzy dziurami myszkuję po całej szerokości drogi, choć nie zawsze jest to możliwe z uwagi na wzmożony popołudniowy ruch samochodów. Jak sięgam pamięcią do roku 2009, kiedy pokonywałem ten odcinek do Lidzbarka to nie było tak źle. Widocznie 9 lat to maksymalny okres, w jakim asfalt jest w stanie wytrzymać.
Wreszcie Lidzbark Warmiński (517 km) i punkt kontrolny pod słynnymi Termami. Tymi dla których trzeba wodę podgrzewać. Punkt jest na przedmieściu i na górce z 14% podjazdem. Zdroworozsądkowo pokonuję go z buta. Jest godzina 15:48. Punkt obsługuje bardzo pozytywnie zakręcona miejscowa ekipa rowerzystów. Napitków jest do woli, a do jedzenia - kiełbasa z grill'a. A co - przecież jest wakacyjne, niedzielne popołudnie i trzeba się pożywić tak jak zwykłe Polki i zwykli Polacy. Gdzieś w Lidzbarku wymijam się z Włóczykijem (Wojtkiem Łuszczem), poznanym kiedyś na GMRDP, z którym w tym roku widywaliśmy się na "zimowej Mazovii MTB". Wojtek jako wytrawny cyklista już wyjeżdżał z punktu, gdy ja dopiero do niego zmierzałem. 
Ostatnie 50 km to już w zasadzie snucie się ze średnią prędkością "W Ornecie zakręcamy i do mety przed 19:00 dojeżdżamy.". Po takiej poetyckiej zachęcie, zmotywowany bliskością mety, po fajnej wąskiej, ale gładkiej lokalnej drodze dojeżdża do Lubomina i dalej do Świękitek. Na mecie jestem rzeczywiście tuż przed 19:00. Trwa już impreza podsumowująca, spiker wywołuje zwycięzców poszczególnych klasyfikacji. Jeszcze zdanie lokalizatora, buchalteria z kartą zawodniczą i Oskar wiesza mi na szyi medal. To już koniec na dzisiaj. Impreza wyczerpująca z uwagi na silny wiatr, ale bardzo przyjemna "turystycznie i krajoznawczo" nawet w tempie kolarzówki warta przejechania. Dla mnie to ciągle zbieranie doświadczeń. Tym razem udało się przejechać 24 h bez odrobiny snu, a nawet wyciągnięcia się w poziomie. Udało się też zoptymalizować bagaż i uniknąć nieplanowanych postojów. Żywiłem się wyłącznie tym, co dawali na punktach. Jedynym zakupem była buteleczka coli w Reszlu w bufecie na punkcie kontrolnym. Coś mi się skiepścił gps (Dakota) bo nie zapisał całego śladu. Później doszedłem to tego, że po aktualizacji oprogramowania wrócił do ustawień fabrycznych i opcja zapisywania była ustawiona niewłaściwie. W sumie dla mnie wyszło ponad 612 km. Dane z licznika rowerowego są przekłamane, choć wydawało się, że dobrze go skalibrowałem przed startem.
Pierścień Tysiąca Jezior. Ujazd całkowity © skaut
Po przyjeździe na metę skorzystałem z prysznica i natychmiast wbiłem się do śpiwora. Nie przeszkadzały mi nawet fajerwerki, które chyba odpalono.

Wpadło też trochę gmin: Świętajno, Raczki, Dobre Miasto, Giżycko, Jeziorany, Lubomino, Miłki, miasto Mrągowo, Mrągowo, Olecko, Ryn, Świątki, Wieliczki, Wydminy, Kruklanki, Pozezdrze, Srokowo.

Maraton Podróżnika 2018

Niedziela, 10 czerwca 2018 · Komentarze(2)
Kategoria Ultramaratony
To już trzeci "Podróżnik"* w którym biorę udział. Zaczęło się od pecha i to jeszcze przed startem. Pierwszy problem - dotarcie do bazy. Wyjechałem z Warszawy o godzinę później, niż planowałem. Różnica byłaby pomijalna, biorąc pod uwagę, że planowałem dojechać samochodem, a większość trasy dojazdowej to autostrady. Jednak konieczna była poprawka, że to "piątek, piąteczek, piątunio", a więc A2 do Łodzi zapełniona na obu pasach. W porywach udawało się osiągnąć ok 90 km/h. Za Łodzią nie lepiej bo tam z kolei remonty i zwężenia. Umordowałem się strasznie zanim ok. północy dojechałem do bazy nad Jeziorem Krzemień w zachodniopomorskim. Nie pamiętałem już jaki domek dostałem z przydziału, albo może pamiętałem ale nie potrafiłem go odnaleźć. Wbiłem się więc do pierwszego w którym było wolne łóżko. W świetle czołówki znajduję komplet pościeli i momentalnie zasypiam. Obudzili mnie (przypadkowi) współlokatorzy, ale przecież koledzy z jednej imprezy. Było około 7-ej, gdy przeniosłem się z manelami do domku "swojego". Po przywitaniu z Elizium i Fają i usiadłem do śniadania. Faja poczęstował mnie wybornym, własnoręcznie przygotowanym espresso. Czas do startu spędziłem na skręceniu roweru przywiezionego w bagażniku, zapakowaniu sakw i przygotowaniu kanapek na drogę. Maraton jest w 90% samowystarczalny więc "lepiej nosić niż się prosić". A jeszcze ratuję Wąskiego pedałami platformowymi, które zostały mi w bagażniku po ubiegłorocznych wakacjach - na wypadek, gdyby żona nie uznająca spd, chciała się przejechać na moim rowerze. Pech przypomniał o sobie w momencie zakładania koszulki kolarskiej - nowiusieńkiej(!). Zamek błyskawiczny po zaciągnięciu do góry zrobił nagle trrrach i było po koszulce. Na szczęście miałem rezerwową, ale zanim przepakowałem wszystko z kieszonek - minęła moja godzina startu. Ku uciesze gawiedzi, tzn. startujących później wbiegłem na linię startu i ruszam w pościg. I tu pech nr 3. Przegapiłem skręt kolo jez. Bytowo w kierunku pn-wsch i pojechałem jak gdyby nigdy nic w kierunku Recza, tzn. "pod prąd". Ale o tym, że jest "pod prąd" zorientowałem się dopiero za Reczem. Pomyłka będąca efektem zbyt pobieżnego zapoznania się z trasą i nadmiernemu zaufaniu w gps kosztowała mnie dodatkowe 25 km. Wróciłem do punktu omyłki tłukąc się niemiłosiernie po dziurawej słabiutkiej drodze bocznej odchodzącej od DW 151.
MP 2018. Okolice Recza © skaut
Na DW 151 wprawdzie wróciłem, ale za niedługo trzeba było ją porzucić w takim własnie miejscu jak poniżej. Nauczony kosztowną czasowo i towarzysko pomyłką zachowałem czujność i już skręciłem kiedy trzeba. 
MP 2018. Zjazd z DW 151 © skaut
Dalsza trasa to w zasadzie "sto lat samotności", a raczej więcej niż 200 km jazdy solo. Pierwszego uczestnika maratonu ujrzałem i wyprzedziłem (!) na krajowej "6" przed Koszalinem. Samotność sprzyjała kontemplowaniu widoków i napawaniu oczu i nozdrzy lesistością Pojezierza Drawskiego. Szlak wiódł przy poligonie więc i dane mi było ujrzeć całkiem sporo żołnierzy US Army ujeżdżających hummery po okolicach tego poligonu.
Po drodze jest Złocieniec, więc w uszach brzmi dźwięczny głos Krzysztofa Myszkowskiego:
Złocieniec złotem już nie błyszczy
W Złocieńcu wilgoć łasi się do nóg
Przejazdem dobrze być w Złocieńcu
Chopin tu pewnie źle by się czuł ...

W Połczynie Zdrój na 93 km pierwszy punkt kontrolny (PK1). Była godzina 13:06:33, gdy wysłałem regulaminowego sms,a. Upał był niemiłosierny, więc regenerowałem się miejscową wodą mineralną i lodem na patyku. Dalsza jazda fajnymi, lokalnymi drogami przez pola i lasy, ale bardzie j lasy konsekwentnie w kierunku północnym. Było naprawdę upalnie.
MP 2018. Połczyn Zdrój © skaut
Jak już wspomniałem pierwszego uczestnika ujrzałem przed Koszalinem. Jak się później dowiedziałem, chyba w tej okolicy się wycofał. Ja dojechałem do Mielna, gdzie odczułem swojego rodzaju szok termiczny. O ile na trasie termometr w liczniku wskazywał ok 27-28 st. C, o tyle nad morzem było o 10 st. C mniej (!). W tej rześkości osiągnąłem Mielno (PK2 166 km) o godz. 17:13:51. Kiczowata zabudowa, stragany z badziewiem i całkiem już spore tłumy ludzi, pomimo tego że to dopiero początek czerwca. Klimatyzowanym wybrzeżem przejeżdżam po mierzei przez Unieście, Łazy za którymi jakby przez niewidzialną ścianę wbijam się znowu w upał. W Osiekach pstrykam fotkę starego kościoła. Pamiętam go z l. 80-ych XX w. kiedy byłem z rodzicami na wczasach w Łazach. Teraz mogłem go uwiecznić na fotografii, choć zapewne przetrwa i mnie te moje fotografie.
MP 2018. Osieki. Kościół św. Antoniego © skaut
"Podróżnik" tym się różni od BBT i PTJ, że punkty kontrolne nie dość, że wirtualne to jeszcze są od siebie w większym oddaleniu. Kolejny (PK3) był w nic nie znaczącym miejscu oznaczonym jako Nadbór. Jakaś taka wieś przy DW206 gdzie zameldowałem sms'em swoje przybycie o 19:59:27. Tym razem do dalszej jazdy dopingowała mnie bliskość punktu żywieniowego. To jest właśnie ten 10% wyjątek od samowystarczalności. Punkt był świetny. Kierowany przez Jelonę. Dostałem smaczny makaron w ładnym bistro, opiłem i objadłem się do woli owocami. I co ważne po raz pierwszy na dłużej zobaczyłem innych uczestników maratonu. Pewnie zabradziażyli trochę na tym punkcie, bo widząc marudera mojej osobie nabrali żywości w ruchach i zaczęli się zbierać. Z wyjątkiem Pająka, który siedział w fotelu, w pozie Stańczyka z obrazu Matejki i nigdzie się dalej nie wybierał.
Zaspokoiwszy głód, pragnienie i chyba w minimalnym stopniu potrzeby towarzyskie ruszyłem w dalszą drogę. Kolejne 20 km to bardzo słabe asfalty, pomimo stołecznej nazwy jednej z miejscowości "Żoliborz". Zrobiło się tak jakoś dziko dookoła. Dziko i pusto. Dopiero wyjechawszy na DW 205, w okolicach miejscowości Żydowo, spotkałem trójkę rowerzystów i to w dodatku uczestników Maratonu: Joasię, Sebastiana i Michussa, znanego mi wcześniej. Koleżeństwo wracało właśnie z pieszej (?) wycieczki mającej na celu oglądanie pobliskiej elektrowni szczytowo-pompowej. Michuss nawet mi zaproponował jej obejrzenie. Nie skorzystałem, natomiast bez namysłu dołączyłem do towarzystwa i dalej pojechaliśmy już razem.
Było bardzo miło. Mrok, który ogarnął Ziemię nie pozwalał na kontemplowanie widoków, natomiast sprzyjał konwersacji. Trasa robiła spory zygzak, najpierw uciekając na zachód, a następnie dość mocno wbijając się w Województwo Pomorskie. Michuss będący jednym ze współautorów tegorocznej trasy "pilnował" nawigacji, tzn. dbał, abyśmy we właściwym momencie meldowali się na punktach kontrolnych. Kolejny był na 300 km. Miejscowość Koczała (PK4) osiągnęliśmy o godz. 01:07:57. Gdzieś w lasach za tym punktem, ale jeszcze przed Szczecinkiem, Sebastianowi pękła szprycha. Nie powiem, aby był zadowolony z tej sytuacji. Po chwilowym zastanowieniu się postanowiła jechać dalej - tak daleko jak się da. Dało się całkiem daleko. Razem osiągnęliśmy Szczecinek na 358 km (PK5) o godz. 04:32:46.
W Szczecinku zrobiliśmy sobie solidny popas na stacji benzynowej. był żurek, pierogi, kawa, lody. Już za jasności przejechaliśmy przez Borne Sulinowo. Koniecznie trzeba było zobaczyć sowiecki cmentarzyk z upiorną ręką z pepeszą, wystającą z grobu. Opodal zrobiliśmy sobie nawet zdjęcie. Stoją od lewej: Skaut, Sebastian. Joasia i Michuss
MP 2018. Borne Sulinowo. © skaut
Kolejny "przystanek" mieliśmy już w Wałczu (PK6) na 442 km o godz. 10:25:48. Zbliżające się południe dawało o sobie znać coraz wyższą temperaturą. wszystkie te nogawki, rękawki, kamizelki, kurteczki poszły do sakw, a my jeszcze we czwórkę w drogę. Cyferki na liczniku pokazywały, że do mety coraz bliżej. Niestety - do Mirosławca Sebastian już nie dojechał. Pękły kolejne szprychy i musiał wezwać pomoc, która zwiozła go z trasy. Odcinek do Kalisza Pomorskiego, znany m. in. z BBT, tylko w drugą stronę był nieprzyjemny ze względu na duzy, mimo niedzieli, ruch samochodowy. Wszak to krajowa "10" łącząca Warszawę ze Szczecinem. Ostatni PK7 był na skrzyżowaniu w Kiełpinie (517 km). Podbiliśmy się sms'owo o godz. 14:51:44 i dalej, ostatnie 30 km już nas poniosło. Nogi żywiej zaczęły kręcić i nawet fatalna droga do bazy już tak nie denerwowała. Na mecie zameldowałem się o 16:17:33. I to już był koniec maratonu. Wręczono nam medale, podziękowaliśmy sobie zw wspólną jazdę i udałem się do "swojego" domku. Przezornie wziąłem sobie dzień urlopu na poniedziałek, więc następne 14 godzin przespałem głębokim snem.
Maraton Podróżnika 2018 © skaut

Zaliczone gminy (w kolejności alfabetycznej): Białogard, Biały Bór, Biesiekierz, Bobolice, Borne Sulinowo, Czaplinek, Czarne, Dobrzany, Drawno, Ińsko, Jastrowie, Kępice, Koczała, Miastko, Ostrowice, Polanów, Połczyn-Zdrój, Przechlewo, Recz, Rzeczenica, Szczecinek, Szczecinek, Świeszyno, Tuczno, Tychowo, Złocieniec

* Maraton Podróżnika organizowany przez forum podróżerowerowe.info

Wyryki

Niedziela, 3 czerwca 2018 · Komentarze(0)
Kategoria Wycieczki
Króciutka wycieczka na składaku. Z bazy w Okunince wyjeżdżam na północ do skrzyżowania, a potem drogą (szutrową) na zachód. Na skrzyżowaniu schronisko młodzieżowe "Krokodyl". Dlaczego taka nazwa? Nie wiem. Po dwóch kilometrach droga wjeżdża do lasu. Mój cel - gmina Wyryki, która leży gdzieś tu niedaleko. Dokładnie - za rzeką. Właściwie za rzeczułką o nazwie Krzemianka. Kierując się na zachód leśnymi duktami i drogami zauważam, że droga robi się coraz bardziej zarośnięta i coraz węższa.  W pewnym momencie przegradza ją ogromna pajęczyna. Coś mi się wydaje, że zaznaczona na mapie (WZKart 1:100 000) droga ku przeprawie nie jest za często używana.
W pewnym momencie wyjeżdżam na śródleśną polanę, którą pośrodku przecina wspomniana Krzemianka. Brodząc wśród burzanów, pokrzyw i innych haszczy docieram na brzeg.
Wygląda to tak:

Rowerem po tym nie przejadę. Kombinuję jak przejść po tych resztkach kładki, ale spróchniałe "legary" sypią się do wody i zaczynają pękać. Niestety trzeba się wycofać - w tym miejscu nie wjadę do nowej gminy. Wycofuję się, aż do skrzyżowania przy zabudowaniach (węzeł szlaków). Dalej ładną ścieżką do zjazdu w dolinę rzeki Włodawki i po solidnym moście na drugi brzeg. Jeszcze trochę w głąb lasu i lokalizator sygnalizuje mi, że jestem w nowej gminie. Powrót ze spaceru tą samą drogą.
Zaliczona gmina: Wyryki (963)

Hańsk

Sobota, 2 czerwca 2018 · Komentarze(1)
Kategoria Wycieczki
Króciutka wycieczka na składaku, przy okazji spływu Bugiem. Wyjazd z Okuninki nad jez. Białym w kierunku południowym. Drogą dla rowerów wzdłuż DW 812, aż do skrzyżowania z drogą do Sobiboru. Dalej już asfaltem, aż do zjazdu na zachód w kierunku Żdżarki i Szczęśnik (łącznik z DW819). We wsi Luta ciekawa kapliczka na skrzyżowaniu. Obok tablica pamiątkowa upamiętniająca bitwę Powstania Styczniowego, która miała miejsce 7 marca 1863 r. Z rosyjskim okupantem walczył tu oddział płk. Marcina Borelowskiego "Lelewela".
Kapliczka na rozstaju. Luta (Woj. Lubelskie) © skaut


Zaliczona gmina: Hańsk (962)

Po budowie

Niedziela, 20 maja 2018 · Komentarze(1)
Kategoria Wycieczki
Wybraliśmy się z Jankiem na budowę Południowej Obwodnicy Warszawy. Roboty budowlane są prowadzone zaledwie kilka kilometrów od naszego domu, a rozmach prac i wytyczenie nowych dróg technicznych dla potrzeb budowy - dają szanse na przejażdżki w terenie. Zwłaszcza, że mamy do czynienia z terenem zanikającym. Za kilkanaście miesięcy rowerem się tu nie wjedzie.
Tempo niespieszno -spacerowe. Kilka foto-stopów po drodze. Poniżej rusztowania budowy obiektu WD 05-11(wiadukt drogowy nad trasą S2 w ciągu ul. Zabawnej w km 14+134.68)
Warszawa Falenica. Budowa Południowej Obwodnicy Warszawy © skaut

Do Kluczborka przez Tomaszów

Sobota, 5 maja 2018 · Komentarze(1)
Kategoria Wycieczki
Po debiucie na "Pięknym Wschodzie" pod koniec kwietnia, postanowiłem wziąć byka za rogi i tydzień później pokonać dystans min. 300 km. Korzystając z zaproszenia do Kluczborka postanowiłem tę drogę pokonać rowerem. Już kiedyś tak zrobiłem, więc, aby nie powtarzać trasy - wytyczyłem sobie nieco inna marszrutę, pragnąc przyjrzeć się dolinie Pilicy. Powiem krótko - warto było!
Początek, tzn. droga do Warki normalny, tzn. poranny przejazd przez Otwock, Karczew, Otwock Wielki i Kępę Nadbrzeską. W Glinkach o dziwo gps sygnalizuje konieczność wymiany baterii. Być może z powodu niskiej temperatury, bo o 7-ej rano jest zaledwie 7 st. Celsjusza. Z Góry Kalwarii prosty kawałek do Warki po nieprzyjemnej DK79. Ale to tylko do Potycza, dalej DW 731 już spokojnie, przy czym sama Warka - nieprzyjazna, a to z powodu nagromadzenia zakazów jazdy rowerem, które dla kolarzówki są trudno akceptowalne, gdyż drogi dla rowerów wyłącznie z polbruku. Stąd pobyt w tym mieście ograniczam do minimum i boczną drogą (DW 731) uciekam na zachód. A w tym kierunku bardzo przyjemna trasa Doliną Białobrzeską. W Nowym Mieście nad Pilicą wita mnie relik odrzutowca, pozostałość po niegdysiejszym lotnisku wojskowym. Za Nowym Miastem - postój techniczny na zdjęcie nogawek i rękawków, zrobiło się wręcz upalnie. Po drodze zadbane, jak na centrum Polski, miejscowości. W Rzeczycy - schludny kościół przy głównej drodze:
Rzeczyca. Kościół pw. św. Katarzyny © skaut
Wjeżdżam w Lasy Spalskie i zaciągając się żywicznym aromatem dojeżdżam do samej Spały, dawnej miejscowości rezydencjonalnej Prezydentów RP. Wyjazd ze Spały elegancką drogą dla rowerów, wytyczoną wzdłuż ruchliwej (!) DK 48. Przejeżdżam przez Tomaszów, ten z wiersza Tuwima, wyśpiewanego przez Ewę Demarczyk i przy drodze na południe widzę takie oto coś:
Groty Nagórzyckie © skaut
Nie mam czasu na zwiedzanie, natomiast ustalenia internetowe wskazują, że to nie lada atrakcja turystyczna - groty, będące pozostałością po kopalniach piasku szklarskiego, zostały wcale nie tak dawno zabezpieczone i udostępnione oficjalnie turystom. Wcześniej (podobno już przed II wojna światową) zwiedzano je "na dziko".
Nie byłbym sobą, gdybym wytyczając trasę kursorem na mapie nie popełnił "błędu" polegającego na rezygnacji z asfaltu. No cóż nie pierwszy i ostatni (zapewne) raz mi się to zdarza. Tym razem trochę jechałem, a trochę prowadziłem rower, gdy się już nie dało, przez skąpane w słońcu okolice Zalewu Sulejowskiego.
Okolice Zalewu Sulejowskiego © skaut
Wydostawszy się na asfalty docieram do Piotrkowa Trybunalskiego, przeciskam się przez jakieś osiedlówki i park ze stawem i popołudniem docieram do Bełchatowa. Dłuuugi wjazd do miasta, a następnie przerwa w posiłek. Wyjeżdżam drogami na północ od dawnej "ósemki" - obecnie DK 74. Chyba niepotrzebnie obawiałem się tej krajówki, po zupełnie nowa S8 pożarła większość ruchu samochodowego w kierunku Wrocławia. Ale o tym przekonałem się dopiero w Szczercowie. Dojechałem do niego przez tak urocze wioski jak Parzno i Cisza, ale też Postękalice. Dobra nazwa na końcówkę trasy ;-). Duża cześć tej trasy nosi imię Wandy Malczewskiej. Nazwisko słusznie sugeruje związek ze słynnym malarzem - Jackiem, który był jej bratankiem. Sama Wanda pochowana jest w Parznie i jest kandydatką na ołtarze w Kościele Katolickim. Nie tylko z powodu bogobojnego życia, ale i pomocy ubogim, a także widzenia - proroctwa Cudu nad Wisłą, którego dostąpiła 15 sierpnia 1873 r.
Od Szczercowa jadę już krajówkami. Ruch niewielki. Zmierzcha się. W Wieluniu przerwa na założenie rękawków i kamizelki. Przez Kadłub i Ożarów dojeżdżam do Praszki, gdzie wita mnie oświetlona sylweta kościoła.
Praszka. Kościół pw. Wniebowzięcia NMP © skaut
A za Praszką zaczyna się Śląsk ( w tym dawna granica II RP i III Rzeszy). Mały i niestety podupadły Gorzów Śląski i już prościutko do Kluczborka. Miasto ładne, ale niestety skolonizowane przez Tesco, Kaufland, Lidla i Biedronki, co spustoszyło wręcz historyczne centrum handlowe i usługowe na tutejszej starówce. Jest jak wymarła. Główna ulica: Krakowska/Piłsudskiego straszy pustymi witrynami. Pozostaje tylko spojrzeć w niebo i liczyć, że może czas się odmieni ... .
Kluczbork. Kościół pw. Chrystusa Zbawiciela © skaut


Mały Piękny Wschód

Sobota, 28 kwietnia 2018 · Komentarze(1)
Kategoria Rajdy
Piękny Wschód ładna nazwa, nieprawdaż? Wymowna, wieloznaczna, trochę tajemnicza. Ukrywa się pod nią ultramaraton kolarski organizowany od kilku lat w Parczewie i poprowadzony po drogach Lubelszczyzny. Trochę o nim słyszałem, trochę czytałem, ale jakoś nie było okazji do wzięcia udziału. Wreszcie w tym roku zamiar się zrealizował. Zgłosiłem się w zasadzie ad hoc, wiedząc, że na wiosenny brevet w Pomiechówku i W(y)prawkę Kaszubską nie mam czasu w kalendarzu. Akurat na ostatni weekend kwietnia znalazło się okienko i można było ruszyć. No z tym ruszeniem to może przesada, bo na teoretycznie nieodległe miejsce startu dotarłem już po północy. W bazie maratonu, skromnym budyneczku parczewskiego MOSiR'u powitał mnie tylko jeden z uczestników - był to Kurier ćmiący papieroska przed wejściem. Reszta zawodników spała a to po hotelach, a to na sali gimnastycznej tegoż MOSiR'u jak również w namiotach i samochodach. Poinstruowany przez Kuriera podpisałem listę uczestników, w trybie samoobsługi pobrałem numer startowy wraz z kompletem agrafek, podpisałem oświadczenie o odpowiedzialności cywilnej i udałem się na spoczynek - do własnego namiotu. Na szczęście 2-osobowa Lima rozbija się błyskawicznie, wystarczyło tylko wsunąć się do śpiwora i odpłynąć w sen. Spałem za krótko, a to powodu krakania wron, które obsiadły okoliczne drzewa. Nie widząc nadziei na przedłużenie snu wygramoliłem się z namiotu i niespiesznie, tak jak lubię, zacząłem sposobić się do startu. A zapisałem się na krótki "juniorski" dystans 250 km nie będąc na początku sezonu za bardzo objeżdżony na szosie. Czasu było sporo, więc do pierwszego śniadania zasiadłem jeszcze w piżamie. I w takim stroju przydybał mnie Hipek już gotowy do startu na 500 km. Wyczułem nawet lekką przyganę co do braku gotowości startowej z mojej strony, więc jak uczniak przyłapany na poście zacząłem coś dukać, że jeszcze czas, że ja tak na krótszy dystans ... . W każdym bądź razie czasu miałem wystarczająco na poranny prysznic, drugie śniadanie, małe zakupy w pobliskiej stokrotce, skręcenie kolarzówki przywiezionej w bagażniku, pokibicowanie startującym na długim normalnym dystansie. Na koniec wcisnąłem się w strój kolarski. Coś przyciasny po zimie się zrobił. Wreszcie pora startu. Startuję w pierwszej grupie z tej racji, że wzorem BBT tu też są kategorie solo i open, a "soliści" jadą jako pierwsi. Zapisałem się na tę kategorię, bo chciałem zobaczyć jak to jest. Pobranie lokalizatorów od Roberta Janika, ustawienie na linii startu i już. Zaczęła się jazda. Grupka startowa nie tyle regulaminowo, co chyba intencjonalnie i z uwagi na różne cele startujących rozpadła się jeszcze na ulicach Parczewa. W każdym bądź razie na drodze wojewódzkiej nr 819 zostałem sam. Ruch niewielki, asfalt zaskakująco równy i tylko jedna przeszkoda w drodze do mety. WIATR. Mocny jak cholera południowy wiatr wiejący prosto w twarz. Trasa maratonu, gdy na nią spojrzeć to taka ósemka, której oba prawe brzuszki wyciągały się na południe. Ale co mi tam, wiatr nie pomaga, ale stokroć wolę słoneczną pogodę niż deszcz. Pierwszą część trasy, do punktu kontrolnego w Krasnymstawie pokonuję na spokojnie. Podziwiam krajobrazy, z zadziwieniem patrzę na kopalnię Bogdanka wyrastającą nagle spośród pól rzepaku. Taka lubelska Fujijama. Na podjeździe za Rejowcem wyprzedza mnie grupka "open". Któraś z zawodniczek na widok mojego stroju (Randonneurs Polska) wola do mnie "Pan Brevet".
Wreszcie Krasnystaw. Punkt kontrolny w szkole, nieco na uboczu. Trzeba było zjechać z trasy. Ciepły posiłek, chyba jakiś żurek, batony, picie. Staram się nie przedłużać pobytu i po ok. 20 minutach jadę dalej. Nie ma czasu na zwiedzanie, choć miasto - historyczne. To tu hetman Zamoyski więził arcyksięcia Maksymiliana po bitwie pod Byczyną. Z miasta wyjeżdżam sam. Stan asfaltów nieco się pogarsza. Wreszcie we wsi Staw Noakowski trasa zmienia kierunek na północny i północno-zachodni. Niestety wiatr jakby stracił na sile i to, co zabrał do południa już nie oddał.
Kolejny punkt kontrolny jest w Żółkiewce. Słaby, bo tylko pieczątka w karcie kontrolnej. Poczęstunek i woda jeszcze nie dojechały (!). Zmuszony jestem, podobnie jak i inni uczestnicy, uzupełnić zapasy w pobliskim markecie. Dalsza jazda bardzo przyjemna. Dopisuje słoneczna pogoda, oczy cieszą zielone pola.
W Pilaszkowicach podziwiam ładnie położony, na wzgórzu przy drodze, drewniany kościół. W Podzamczu - bramę pałacową, a w Minkowicach drewniany budynek stacji kolejowej, jakby przeniesiony z głębi Rosji. Gdzieś twych okolicach pojawia się jakiś miejscowy szosowiec, proponując koło. Ze śmiechem odmawiam, tłumacząc, że startuję w kategorii bez wsparcia. Wrażenie robi Łęczna. Równiutkie ulice, kwietniki, stadion piłkarski. Znać pieniądze "z węgla". Gardzienice przywodzą na myśl wspomnienie o tutejszym Ośrodku Praktyk Teatralnych i furorę jaką robił w latach 80-ych XX wieku wśród nieco zmanierowanej i znudzonej miejskiej publiki. Dla mnie "Żywot Protopopa Awakuma" wystawiony na toruńskim "Kontakcie" był pozytywnym odkryciem.

Pilaszkowice (lubelskie). Kościół pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa © skaut

Mełgiew Podzamcze (lubelskie); Brama do pałacu Stoińskich © skaut



Minkowice. Stacja kolejowa © skaut
Ostatni punkt kontrolny na trasie jest na 223 km w Dąbrowie, na trawniku przy Orlenie. Częstuję się kanapką, uzupełniam bidony i ruszam na ostatni odcinek. Przejeżdżam obok miejscowych "kurortów" zlokalizowanych na Pojezierzu Łęczyńsko -Włodawskim. Zapada zmierzch, a potem noc. Przy świetle lampek wjeżdżam do Parczewa i melduję się na mecie. Jeszcze tylko medal, certyfikat (!) ukończenia wyścigu i uścisk ręki Pana Włodka - organizatora i kierownika całej imprezy. Podsumowując: w klasyfikacji generalnej zająłem 46 miejsce na 72 startujących i 66 finiszerów. W kat. Solo byłem 6 na 10 startujących i 9 zawodników, którzy ukończyli. Jak na mnie całkiem dobrze, zważywszy, iż była to pierwsza jazda w tym roku na dystansie powyżej 200 km. Ogólnie maraton przypadł mi do gustu ze względów krajobrazowych. Jeżeli czas pozwoli, w przyszłym roku pojadę na 500 km. 
[Dystans i czas przejazdu wg pomiaru organizatora]


Piękny Wschód 2018. Na mecie © skaut







Zaliczone gminy: Parczew (926), Dębowa Kłoda (927), Sosnowica (928), Ludwin (929), Puchaczów (930), Cyców (931), Siedliszcze (932), Rejowiec Fabryczny (933), m. Rejowiec Fabryczny (934), Rejowiec (935), Krasnystaw (936), m. Krasnystaw (937), Izbica (938), Nielisz (939), Rudnik (940), Żółkiewka (941), Rybczewice (942), Piaski (943), Mełgiew (944), Łęczna (945), Uścimów (946).

Garwolin

Niedziela, 22 kwietnia 2018 · Komentarze(0)
Kategoria Wycieczki
Po wczorajszej wycieczce przyszła pora na dłuższy dystans. Wymyśliłem sobie wypad na kawkę w Garwolinie. Akurat przy wjeździe jest "restauracja" z dużym, złotym, podwójnym łukiem w "herbie", w której akurat kawę mają dobrą. 
Poranny wyjazd z Józefowa i zaskakujące zimno. Chociaż niebo bezchmurne, to ziąb przenika do kości. Nie ujechałem nawet dwóch kilometrów, gdy musiałem (!) się zatrzymać, nogi odziać w ten jak im tam ... pończochy, tzn. nogawki, a korpus opatulić kurteczką. I tak odziany przejechałem przez Otwock patrząc z nostalgią na ostatnie dni Kolei Nadwiślańskiej w formie jeszcze XIX-wiecznej. Obecnie trwa modernizacja linii kolejowej Warszawa-Dorohusk. Jak się wydaje w ramach dyskretnej aczkolwiek konsekwentnie realizowanej chińskiej inicjatywy "Pasa i Szlaku".
Prace w Otwocku trwają już od roku. Poniżej, być może ostatnie zdjęcia, starych budynków kolejowych jeszcze z materiału typowego dla tej linii, czyli drewna sosnowego:
Otwock. Ostatnie relikty XIX-wiecznej Kolei Nadwiślańskiej © skaut

Linia kolejowa Otwock-Celestynów. Domek dróżnika © skaut
Z Celestynowa do Kołbieli boczną, ale urokliwą drogą, a później już "17" też modernizowaną. Co ciekawe, na wiadukcie kolejowym linii "S-Ł" nad DK17 przed Garwolinem widzę przejeżdżający skład, w całości złożony z platform z kontenerami oznaczonymi "China Railway Express". "Pas i szlak" już się dzieje! Tuż przed Garwolinem zjazd z obwodnicy mającej charakter ekspresówki i "starą siedemnastką" wjeżdżam do miasta, które relaksacyjnie przejeżdżam, aż do samego końca. Wracając wstępuję na kawę do McD, którą zagryzam czekoladowym rogalikiem. droga powrotna już innym wariantem - przez Pilawę, Osieck, Dziecinów. Mocno wieje, a więc przewentylowany na wskroś na południe docieram do domu.

Wieczorem do Góry

Sobota, 21 kwietnia 2018 · Komentarze(0)
Kategoria Wycieczki
Sobotnia popołudniowa wycieczka. Trochę dłuższa niż codzienne, zsumowane przejazdy z domu do pracy i z powrotem. Pora temu najwyższa, bo za tydzień pierwsza w tym roku "impreza" szosowa, tzn. "Piękny Wschód", na który się nieopatrznie zapisałem ;-).
Po sobotniej, porannej i popołudniowej, domowej krzątaninie - wreszcie wieczorem znajduję czas na wyciągnięcie kolarzówki i krótką przejażdżkę. Z pewną obawą dojeżdżałem do promu w Karczewie, bo nie wiadomo, czy jeszcze pływa?


Prom pływał! Powyżej widoczek na zachodnią stronę przeprawy - w stronę Warszawy.
Po przeprawieniu się  do Gassów (Gass?) spokojnie do Góry Kalwarii i zjazd "50" do mostu, a za wiaduktem skręt na Glinki i moimi ulubionymi ostatnio dróżkami w stronę Otwocka. Tylko w Karczewie drobna korekta - zamiast bezsensownej Mickiewicza z pseudodrogą dla rowerów wybrałem Kard. Wyszyńskiego (też będzie "ścieżka", ale dopiero robią).