Do pracy - chciałoby się napisać: jak zwykle, ale nie. Dziś w ciągu dnia miałem do załatwienia sprawę na ul. Żytniej, więc posłużyłem się rowerem jako środkiem transportu. W "cywilnych" spodniach, koszuli z krawatem i cywilnej kurtce jeździ się trochę gorzej. Ale frajda z jazdy - bezcenna. Pogoda dopisuje. Na ulice i ścieżki rowerowe wylegli masowo rowerzyści, w tym najładniejsza część tej grupy, czyli szykowne miejskie rowerzystki. Tylko kierowcy ostatnio bardziej nerwowi. Wczoraj otrąbił mnie peugeot na ul. 3 Maja w Józefowie. Dziś rano na rondzie Sedlaczka (nb. "skautowy" patron) otrąbiła mnie blondyna w granatowym volvo. To chyba brak tego mostu tak wpływa na automobilistów. Droga powrotna pod bardzo uciążliwy wiatr. O dziwo rano nie pomagał tak dobrze jak wczoraj. I jeszcze widoczek, który mam codziennie z drogi powrotnej do domu.
Do pracy na rowerze. Wczorajsze czołganie się w samochodowym korku, a zwłaszcza półgodzinne oczekiwanie na wjazd na Most Siekierkowski było ostatecznym argumentem za porzuceniem samochodu. Gdyby nie rześki poranek, można by rzec wakacje. Słoneczko, chabrowe niebo, cudnie. Na mojej codziennej trasie coraz więcej rowerzystów. Poniżej fotka zrobiona na Wale Miedzeszyńskim już po 17-ej. Widać zgęstkę na jezdni w kierunku Otwocka, a i na samej ścieżce gęsto. Chłopak na góralu po lewej wyprzedził mnie wcześniej, teraz wyprzedza tych dwóch panów. Dogonię go jeszcze przed końcem ścieżki, później on mnie wyprzedzi i tak, aż będziemy sobie jechać aż do Tawułkowej. Rano dobry, sprzyjający wiatr pomógł mi wykręcić średnią powyżej 27 km/h (na ciężkim trekkingu i z ciężką sakwą). Po południu wszystko wróciło do normy, bo jechałem po wiatr i wyszło tak jak zwykle ok 24 km/h.
Do pracy na rowerze. Rano jak zwykle Wałem Miedzeszyńskim i Czerniakowską, po południu powrót przez Most Świętokrzyski i Wałem Miedzeszyńskim, a na koniec trochę kręcenia się po Józefowie. Wyszło ponad 50 km i to jest pożądany dzienny dystans ... . Ciepło jak na początek marca. Opony mam już "letnie", ale w butach pojechałem zimowych. W drodze powrotnej na Wale wyprzedził mnie cyklista na niebieskiej szosówce. Tempo mu jednak siadło, bo na Przewodowej go dogoniłem i już kola nie odpuściłem. Nie jest ze mną tak źle (chyba), skoro na trekkingu z sakwą gonię kolarzy po ulicach. Jak to wiosną, a także jesienią bywa mamy ładne wschody i zachody słońca. To chyba zasługa odpowiedniego kąta padania promieni słonecznych. Latem nie są takie ładne te zachody. Mapka:
Wszystko sprzyja temu, aby wznowić dojazdy do pracy: dzień coraz dłuższy, coraz cieplej, kontuzja zaleczona, poranne i popołudniowe korki tylko irytują, w SKM-ce tłok taki, że jedzie się w ścisku. Dziś "debiut" wiosenny w tych dojazdach. Rano zimno i bardzo mgliście. Po południu cieplej. Rowerzystów na moim szlaku na razie mało. Rano jeden przy Bartyckiej. Po południu drugi, który mnie wyprzedził na Wale Miedzeszyńskim. Jeszcze nie zmieniłem opon na "letnie", ale poranny przymrozek i zamarznięte kałuże nie zachęcały do zdjęcia kolczastych winterów.
Dziś tylko przejazd "techniczny" po Józefowie. Nieważne. Dziś 96. rocznica tragicznej śmierci Andrzeja Małkowskiego, twórcy harcerstwa. To jest ważne, bo On był i ciągle jest ważny. Jako "skaut" pamiętam.
Standardowa droga do pracy. Rano trochę kropi. Wzdłuż Trasy Siekierkowskiej jadę z rowerzystą na szosowej, pomarańczowej orbei. Trochę gadamy. Mówi, że jeździ bez względu na pogodę. Nawet żałuje, że nie ma śniegu, bo nie można pojeździć na biegówkach. Po pracy szybki powrót do domu. Robi się chłodniej. Jakiś szybki zjazd mi wyszedł.
Piękną mamy wiosnę tej zimy. W dawnych latach, gdy chodziłem jeszcze do szkoły uczono nas, że styczeń jest statystycznie najzimniejszym miesiącem w roku. Nie wiem czy jeszcze uczą tego dzieci, ale jak to w życiu praktyka rozminęła się z teorią. Rano w leciuteńkiej mżawce. Po drodze wyprzedzam dwóch rowerzystów na ścieżce wzdłuż Trasy Siekierkowskiej. W drogę powrotną ruszam dopiero po 18ej. Jest tak ciepło, że rezygnuję z jednej warstwy odzienia. Jadę w polarowych spodniach i kurtce z polaru założonej na koszulkę. Przebił mnie jednak biegacz trenujący na Siekierkach. Facet biegł koszulce na ramiączkach i wcale się mu nie dziwię. Może z tym globalnym ociepleniem jest coś na rzeczy?
Praca Jak sięgam pamięcią nigdy w życiu nie jeździłem w styczniu na rowerze. Dziś był ten pierwszy raz. Z obawy przed ewentualną wywrotką, a raczej jej skutkami - zmieniłem pedały z spd'ów na zwykłe platformy. Jadąc do pracy żałowałem tego bardzo. Droga suchutka. Nocny, raczej ciepły wiatr zrobił swoje. Powrót trochę mniej przyjemny. Pierwsze zaskoczenie na zjeździe Agicolą w kierunku Szwoleżerów. Mnóstwo ludzi spaceruje po jezdni w tym także po wydzielonym pasie dla rowerów. Pal licho na oświetlonym odcinku. Slalomem udało się zjechać. Dalej - mniej więcej od polowy tej urokliwej uliczki - parę razy musiałem użyć odgłosu "paszczowego". Miałem wrażenie, że dzwonek rowerowy jest dla spacerowiczów czymś nierealnym. Że niby święty Mikołaj nadjeżdża? Jeszcze w Warszawie ścieżka rowerowa wzdłuż Czerniakowskiej sucha i czarna, za to na ścieżce na Wale Miedzeszyńskim pojawił się śnieg. Taki śmieszny, przypominający wiórki kokosowe. Gorzej było już na bocznych uliczkach w Miedzeszynie i Falenicy. Wyślizgana nawierzchnia i miejscami czarny lód. Dojechałem do domu bez jednej wywrotki. Dziwnie tak jakoś bez wpinania się w pedały. Mapka
Raport 2014 Krótko Sezon 2014 (liczony jako styczeń - grudzień) rozpocząłem 11.02.2014 i zakończyłem 15 grudnia 2014 r. Przejechałem 5.078,35 km (nie wszystko jest w Bikestats, gdyż założyłem konto dopiero w październiku 2014 i z "zaległych" wpisałem tylko te ważniejsze wycieczki) Pokonałem powyższy dystans w czasie: 240 godz. 10 min. 58 sek. podczas 79 aktywności rowerowych. Zaliczyłem 134 nowe gminy, kończąc rok z liczbą 509 na koncie. Za największy ubiegłoroczny osobisty sukces poczytuję sobie ukończenie maratonów: Włocławek-Stegna-Włocławek i Bieszczady Bałtyk Tour 2014.
Takie już bowiem mam dziwactwo, że zamiast szukać dalekich cudów przyrody, zamiast gonić za zgiełkiem po targowicach świata, doznaję największych rozkoszy, gdy wpatruję się w dno cichych strumieni i rzek, gdy przykładam ucho do starych mogił, których szeptu mrocznych dziejów nikt nie słucha (Z. Gloger, Dolinami rzek)