Poniedziałkowy przejazd na trasie: dom - praca - dom, czyli w tutejszym slangu DPD. Czuję jakieś znużenie. Po południu lekka mżawka, która złapała mnie na Wale Miedzeszyńskim zmieniła się w regularny deszcz.
W ciepły piątek "przeprosiłem się" z rowerem. Standard - droga do pracy i po południu powrót do domu. Ciekawostka - na ścieżce wzdłuż Czerniakowskiej widzę "ostrokołowca" jadącego w maseczce przeciwpyłowej. W Józefowie na skrzyżowaniu ciekawy banner, zapowiedź uroczystości nadchodzącej w najbliższą niedzielę:
Dziś standardowo do pracy i do domu. W drodze powrotnej zatrzymałem się na chwilę przy budynku dawnej stacji kolejki Karczew - Jabłonna. Szkoda, że jej już nie ma. Nie miałbym problemu z dotarciem na start brevetu w najbliższą sobotę. Wieczorem dokręcone jeszcze 5 km na kolarzówce. Dzisiaj wymieniłem koła i musiałem sprawdzić, czy dobrze założyłem kasetę i czy dobrze leżą. Sądzę, że tak, ale- jak jest naprawdę - okaże się to za dwa dni.
Rankiem jeszcze chłodno. W Falenicy dostrzegłem dwóch bikerów żwawo pomykających w stronę Warszawy. Niewiele się namyślając dołączyłem na koniec "pociągu". Po chwilowych rozjazdach wynikających z innej taktyki włączania się do ruchu na ul. Przewodowej i Nawiślańskiej jechałem za nimi. Przez moment nawet jechałem na czele, ale już na koronie Wału rowerzysta w żółtej kurteczce wyszedł na czoło i ciągnął tak, aż do Czerniakowskiej, gdzie wąż się "rozczłonkował". Liczył co najmniej 7 rowerzystów, co uświadomił mi jeden z nich, z którym jechałem do ul. Bartyckiej. wyglądało to tak, że kolejni wyprzedzani bikerzy widząc "szybką ekipę" dołączali się do niej. Niezłe to było. Średnia na DDR 28,47 km/h. Nigdy wcześniej tak szybko nie jechałem. Po pracy leniwie i spokojnie.
Poranne mgły urozmaiciły rutynowy już przejazd do pracy. Nadawały pewien rys tajemniczości nudnej już, bo wciąż tej samej drodze. Bardzo dużo rowerzystów. Tak dużo, że po raz pierwszy na terenie zakładu pracy nie miałem miejsca, aby się wpiąć do stojaka na rowery. Razem z koleżanką z innego biura lataliśmy "po krzakach" i szukaliśmy czegoś stabilnego, co można objąć kłódką, czy innym zapięciem.
Powrót już w ciepłym powiewie. Jakiś dziwny ten wiatr, tak jakby z południa. Dwóch rowerzystów, jak mi się zdaje, próbowało się ze mną ścigać. Jeden (młodszy) wyprzedził mnie na wysokości Sanktuarium na Siekierkach, ale nie utrzymał tempa i za chwilę został z tyłu. Sytuacja powtórzyła się przy zjeździe z mostu, ściął trawnik, znalazł się przede mną, a ja jechałem swoje i za kilkadziesiąt metrów miałem go już za sobą. Drugi (starszy) niezłym tempem jechał za mną Wałem Miedzeszyńskim i mniej więcej w 2/3 długości dziarsko mnie wyprzedził. Nie dałem mu uciec, chwilę utrzymałem koło, zrównałem się z gościem, zagadnąłem o silny wiatr od czoła i pojechałem do przodu. Muszę stwierdzić, że Operator po generalnym serwisie, mimo swych ponad 16 kg śmiga gładko jak "za nowości".
Dojazd do pracy i powrót do domu. Pogodnie, po południu wręcz ciepło. Zachodni, wyraźnie odczuwalny wiatr. Rano przeszkadzał, po południu - pomagał. Korekta ustawień siodełka i kierownicy po serwisie.
Odbierałem dziś rower z serwisu. Dostał nowy napęd, linkę przerzutki, klocki hamulcowe, łożyska. Należała mu się ta kuracja. Do domu wróciłem więc rowerem z Warszawy, w tempie spacerowym.
Takie już bowiem mam dziwactwo, że zamiast szukać dalekich cudów przyrody, zamiast gonić za zgiełkiem po targowicach świata, doznaję największych rozkoszy, gdy wpatruję się w dno cichych strumieni i rzek, gdy przykładam ucho do starych mogił, których szeptu mrocznych dziejów nikt nie słucha (Z. Gloger, Dolinami rzek)