Ciepła pogoda na początku listopada sprawia, że nawet poranne wstawanie i jazda rowerem do pracy może być przyjemnością. Słoneczko grzeje w plecy, a nie mogąc wzbić się na nieboskłon tak jak latem, daje bardzo długie cienie:
Tymczasem w Warszawie ... Nowa ścieżka rowerowa wzdłuż ul. Czerniakowskiej była chyba w ocenie decydentów zbyt wygodna i bezpieczna, dlatego w jej ciągu pojawiły się słupki. Metalowe. Model taliowany, z herbem m. st. Warszawy.
Początek listopada przypomina bardziej przedwiośnie, a nie późną jesień. Po trzydniowej przerwie znowu na rowerze. Chyba za długa ta przerwa, bo garmin zaczął się dąsać i przez 4 km od wyjazdu nie chciał złapać satelity. Po południu krótkie odbicie na Mariensztat, a następnie powrót Browarną, Lipową, Most Świętokrzyski i chodnikościeżką do Wału Miedzeszyńskiego. Na chwilę złapałem koło bikera na góralu. Pociągnął mnie trochę. Dzięki! Chciałem dać zmianę przed Mostem Siekierkowskim, ale tam nasze drogi się rozeszły (rozjechały).
Do pracy. Coraz mniej rowerzystów na trasie. Z powodu zimna wybrałem dziś ścieżkę od południowej strony Mostu Siekierkowskiego. Zawsze to trochę więcej słoneczka (przynajmniej rano). Warszawa - Falenica. Pięknie oszronione trawy.
Dziś trochę dłuższa pętelka. Rano praca, po południu na zakupy do Decathlonu przy Trasie Toruńskiej. Powrót przez Marki, Zielonkę i Ząbki. To wstyd mieć takie gminy pod ręką i ich wcześniej nie zaliczyć na rowerze. Nie mam dla siebie usprawiedliwienia.
Takie już bowiem mam dziwactwo, że zamiast szukać dalekich cudów przyrody, zamiast gonić za zgiełkiem po targowicach świata, doznaję największych rozkoszy, gdy wpatruję się w dno cichych strumieni i rzek, gdy przykładam ucho do starych mogił, których szeptu mrocznych dziejów nikt nie słucha (Z. Gloger, Dolinami rzek)