Po pięciu dniach przerwy znowu na rowerze. Rutynowo. Do pracy i z powrotem. Rutynę przełamał, poranny widok radiowozu zatrzymującego rowerzystę na Czerniakowskiej (przy ZUS-ie). Mam nadzieję, że obyło się na pouczeniu i nieszczęśnik na szosówce nie poniósł poważniejszych konsekwencji wyboru jezdni, zamiast równoległej DDR. Wieczorny powrót urozmaiciłem przejazdem nowo wyremontowaną ul. Wawerską w moim Józefowie. Entuzjazm lokalnej prasy w postaci "Józefowa nad Świdrem" przesadny. Ale jak można oczekiwać od nich obiektywizmu, skoro są na utrzymaniu władz miasta? Podstawowy mankament - widoczny gołym okiem o tej porze: jezdnia jaskrawo oświetlona, choć ruch na niej znikomy. Na DDPiR ciemno zaś jak w ... . To tak a propos poprawy bezpieczeństwa, której miał służyć ten remont.
Dzisiaj zdrowsze powietrze, ale zimniej. Na ścieżkach i dróżkach rowerowych zostali już tylko najwytrwalsi rowerzyści. Część z nich poznaję z widzenia, z kilkoma wymieniam kurtuazyjne pozdrowienia. Mimo zimna ciągle odnajduję radość z jazdy, a ponadto z satysfakcją mijam i wyprzedzam samochody stojące w korku. Na przykład takim, jak poniższy u zbiegu Traktu Lubelskiego i Wału Miedzeszyńskiego.
Rutynowy przejazd na trasie Józefów - Warszawa - Józefów, nieco powiększony wskutek modyfikacji trasy powrotnej. Wisłę przekroczyłem po Moście Świętokrzyskim i dalej już prawym brzegiem. Ranek zapowiadał się słoneczny, niestety opadające mgły uczyniły zeń nieprzyjemny czas, w którym mocno przemarzłem. Po południu podobnie. Dopóty dopóki nie zaszło słońce było bardzo przyjemnie. Po zachodzie - jakby ktoś otworzył lodówkę ... brrr.
Takie już bowiem mam dziwactwo, że zamiast szukać dalekich cudów przyrody, zamiast gonić za zgiełkiem po targowicach świata, doznaję największych rozkoszy, gdy wpatruję się w dno cichych strumieni i rzek, gdy przykładam ucho do starych mogił, których szeptu mrocznych dziejów nikt nie słucha (Z. Gloger, Dolinami rzek)