Powrót z pracy do domu z załatwianiem kilku spraw na mieście. Najpierw szybki kurs na bliską Wolę, potem powrót do Śródmieścia. Wracając postanowiłem zjechać z Agrykoli. Agrykola (jeszcze w świątecznej szacie)
Niestety nie wyglądało to tak różowo, jak na zdjęciu. Najpierw pod koła wbiegła mi nomen-omen: biegaczka. Cała na czarno! W słuchawkach na uszach i zapatrzona w smartfona! Nie wiem dlaczego, mając do dyspozycji całą szerokość ulicy zamkniętej dla ruchu i chodniki po obu stronach jezdni postanowiła wbiegać pod górę akurat po wąskim pasie dla rowerów. No nie wiem.
Dalej było jeszcze gorzej ... . Dwie starsze panie. Szarobure kurtki i takież berety na głowach. Dostrzeżone w ostatniej chwili. Szły wymalowanym pasem dla rowerów. Nawet się zatrzymałem, ostro hamując i spytałem wprost: dlaczego panie idą po pasie dla rowerów? Odpowiedź - bo lubimy.
Nie wiem, czy lubią życie, bo w większej ciemności, mgle lub przy gorszych hamulcach ktoś kiedyś nie wyhamuje.
Dziś wsiadłem na rower po 35 dniach przerwy. Rano - euforia. Po południu już nie. Jakieś te nogi się ciężkie zrobiły. Pokręciłem się trochę po Warszawie. Gdyby nie dekoracje bożonarodzeniowe, pomyślałbym - marzec. Warszawa, ul. Świętkorzyska
Takie już bowiem mam dziwactwo, że zamiast szukać dalekich cudów przyrody, zamiast gonić za zgiełkiem po targowicach świata, doznaję największych rozkoszy, gdy wpatruję się w dno cichych strumieni i rzek, gdy przykładam ucho do starych mogił, których szeptu mrocznych dziejów nikt nie słucha (Z. Gloger, Dolinami rzek)